RSS
 

Archiwum - Sierpień, 2010

Alergiczna codzienność

31 sie

Tym razem dopadła mnie alergia – ta z kichaniem i laniem się z nosa. Trochę przechodzi po prysznicu.
Z racji przybycia na miejsce pół godziny wcześniej niż trzeba, zrobiłam zakupy w okolicznym sklepie polskim, hura, mam jakieś żarcie.
Wczoraj zaprosili na podwieczorek, ale podwieczorek nie doszedł do skutku. Rodzina wuja jest wykończona, wcale się nie dziwię.

Myślałam w kontekście notki o pogrzebach jako takich – i o tym, jak irlandzkie odbiegają od polskich… Na niewielu na szczescie bylam, ale wydaje mi się, że tu ludzie więcej się śmieją, żartują, w sumie to sprawia wrażenie raczej spotkania towarzyskiego niż ceremonii żałobnej. Niemniej, koniec końców, stypa jak stypa – w ulubionym klubie golfowym wuja.
Udzieliła się im zimnokrwistość Angoli, czy Polacy są bardziej emocjonalni – czy ja totalnie egzaltowana? Pytania są tendencyjne i retoryczne.
Idę spać. Nos sobie znów odparzyłam, bue.

Mąż szwagierki, G., stwierdził, że to okropne, że nie można wprost porozmawiać z ludźmi, który mają raka i wiedzą, że go nie zwalczą – a możliwe, że może chcieliby powiedzieć wprost – Nie, nie będzie wszystko dobrze, bo umieram. G., jest wysoce empatyczny, sympatyczny, otwarty i jest człowiekiem wielkiego serca; jego rozważania, które dyskutowaliśmy (właściwie nie było dyskusji, bo podzielam jego zdanie), są oparte na jego różnorakich przeżyciach i próbie postawienia się w podobnej sytuacji. Oboje mamy nadzieję, że nie będziemy mieli okazji mu wypomnieć, naturalnie.
Z trzeciej strony „wszak i tak skończymy w zupie…” Tylko jedne warzywa idą jako pierwsze, inne później, a zasmażka na końcu. Poza tym niektóre  poddaje się czasem okrutnemu przygotowaniu – cebulkę przysmaża, marchewkę skrobie i kroi, inne sieka…

Tymczasem mimo nosa i zapuchniętych gał podszewka trafiła wreszcie do szafki, zamiast niej w oknie wisi samodzienie wykonana naprawdę dziadowska żaluzja, a fakt, że jest dziadowska, nie osłabia mojego pozytywnego stosunku emocjonalnego do niej :P W ramach bonusa regał na buty doczekał się swojej białej zasłonki nabytej drogą kupna ponad rok temu, a Połowic kieszeni ze starych dżinsów do szafy. Maszyna do szycia chyba się dotarła, albo po prostu dobrze szyje materiały grube, bo dżinsy i to nie cienkie szły jak masło, a kaloryfer nie był zapowietrzony ani zepsuty, tylko któryś z chłopaków bawił się innym pokrętłem (są dwa) i odciął dopływ wody, co odkryłam dzięki G. A psiu, dobranoc, krokodyl na końcu ginie, ale najpierw zeżarł psa (a propos nocne kino).

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Toksyczna codzienność

30 sie

Ikea irlandzka jest do dupy, pomijając fakt, że oferta na ten sezon jest też kiepska w Ikei. Mają nasze krzesła z wyboru na bazie daleko idącego kompromisu, ale sofy nie było – chociaż internet twierdził, że jest. Nie ma możliwości rezerwacji. Ponieważ w obecnej ofercie pasuje mi akurat model najtańszy - bo wyszło, że jest dla nas najwygodniejszy i najbardziej nam z wyglądu pasuje, nie poddałam się rzeczywistości, w której musiałabym za transport zapłacić dwa razy, dwukrotnie organizować – zakładając, że sofa będzie następnym razem od strzału, dla której to teorii widzę mało pokrycia…. a cena transportu zbliżałaby się do ceny mebli. Szukaliśmy tych mebli, pospisywaliśmy, co trzeba i zanim się okazało, że ich nie ma, zdążyliśmy zjeść coś niecoś w ikeowej stołówce. Niezła kawa, pyszne ciastko, wszamałam też porcję frytek, bo ryba trąciła za mocno rybą, a ja nie lubię, więc zostawiłam, bo miałam zamiar zrobić pyszny i obfity obiad następnego dnia, a w domu się zapchać kanapką… Zamiast kanapki, z racji, że był tylko okropny irlandzki karton tostowy, zapchałam się na własne życzenie pop cornem, który tez za mną łaził i z wizją dnia kolejnego poszłam spać. Oprotestowaliśmy Ikeę i siedzę na starym śmierdzącym gracie, którego nienawidzę za sam fakt istnienia i za fotel do kompletu, na którym sie alienuje Połowic. Ja nie mam się na czym alienować, drugi w dramatycznym stanie został wywalony, żeby można było wziąć głęboki oddech i nie gniotło w żebra.
Nie ma więc również nowych mebli.
Za to było moje wypatrzone siedzenie do toalety i wczorajszy wieczór spędziłam wymieniając je. Połowic jest za duży i się nie wciśnie, żeby wykręcić od spodu cholerne śrubki, które się były uprzejme zapiec. Jak na złość nie było w domu CocaColi (a zwykle jest!), więc kombinowałam różnymi narzędziami, z głową w WC. Sama rozkosz. Wymieniłam, nowe jest super, bardzo jestem zadowolona. Produkty Ikei są ikeowe nawet w Irlandii, tylko organizacja jakby mniej.

Dziś wieczorem trzeba było na uroczystośc odmówienia modlitwy przy ciele wujka. Nie mogłam rano wstać (w Irlandii mam z tym dużo gorszy problem niż w PL, a zawsze powtarzam, że o wschodzie słońca łatwiej mi się położyć niż wstać i stąd wiem, że jst śliczny), więc od początku miałam opóźnienie, którego nie udało mi się nadrobić mimo wycięcia z programu paru pozycji, w tym odkurzenia całego domu i uszycia skrojonej już zasłonki do łazienki, bo wisi tam moja podszewka do sukienki, której nigdy nie uszyję z braku czasu i ochoty w tym samym momencie – a wisi tak długo, że już się do niej przyzwyczaiłam, więc jest ŹLE). Potem czekałam godzinę na łazienkę, bo chłopaki zajmowały na przemian. Zdołałam odkurzyć tylko część cholernego parteru, sypialni już nie. Na marginesie, Szwagier odkurzył swój pokoik i tak sapał, ze się zastanawiałam, czy go nie zapytać, czy mu karetki nie wezwać.
Od rana kłóciłam się z Połowicem o grę, przy której spędza całe dnie i przestaje kontaktować – nic nadzwyczajnego, tylko mnie do pasji normalnie doprowadza, a co dopiero, kiedy mamy być na czas, a kupa rzeczy do zrobienia. Połowic pomagał co nieco z burczeniem – W KOŃCU pomagał, ale kiepsko się spisywał, napięcie rosło, czas pędził i skończyło się na tym, że zostawiłam ledwie napoczęty makaron w sosie z indykiem i pieczarkami (tzw. pasta con indyk i funghi, a raczej pieczarki), który za mną łaził już od dłuższej chwili (o dziwo, więc byłam szczęśliwa, że coś wreszcie zjem) i poszłam kończyć, co miałam do skończenia – a w owej chwili było to wieszanie prania (Połowicowe portki). Z Połowicem kłócimy się krótko i zwykle szybko godzimy, ale tym razem wydarł paszczę Szwagier wtrącając się między wódkę i zakąskę – że mamy się przestać kłócić, a potem jeszcze przygadał mi, że mam okazać trochę szacunku. Osób, którym pozwolę sobie przygadywać jest tyle, ile palców w okaleczonej dłoni. Szwagier do nich nie należy. Odparłam, że mógł iść wcześniej, że ma się nie wtrącać i że jest mi bardzo przykro, że wuj zmarł, ale nie miała czasu tego okazać do tej pory.
Piana mi z ust leciała,kiedy widziałam jak chichra się i żartuje z krewnymi przy kaplicy pogrzebowej, ale przetrzymałam. Przetrzymałam i to, że szwagierka zupełnie przypadkiem pominęła mnie przy częstowaniu ciastkami, obdzieliła wszystkich innych – mimo, że mnie już bolał żołądek z głodu. Odmówiłam wspaniale pachnącego czerwonego wina, pomna ostatniego wypitego piwa na pusty żołądek, które niemal zwaliło mnie z nóg. Wino więc tylko pachniało z daleka, ostatnie ciastko dostało dziecko, a krewni Połowica rozmawiali sobie pogodnie o Syberii i dalekiej rodzinie, które członkowie zmarli z głodu podczas zsyłki czy ucieczki do Iranu podczas drugiej wojny światowej. Podczas omawiania tematu uznałam, że głupia jestem i powinnam się cieszyć tym, co mam. Byśmy tylko zdrowi byli.
Ponieważ mam ciągle problem z żarciem od powrotu z PL – jestem głodna, ale irlandzkie… coś… nie przechodzi mi praktycznie przez gardło - więc się nakombinuję zanim znajdę coś, co nie powoduje u mnie skurczu przełyku. Idiotyczny problem, ale realny i muszę z nim się jakoś uporać. Zaczęłam już uznawać substytuty z ‚polonijnych’ sklepów, więc postęp jest. Zrobiwszy moją ulubioną pastę poprosiłam Połowica, by nie wyrzucał mojej porcji.

Nie wyrzucił.

Kiedy zaczęłam odgrzewać, wrzucił tam porcję zwagra, której ów nie zjadł, bo się zdenerwował naszą kłótnią (za co ciągle mam ochotę wydrapać mu oczy i wyrwać zapleśniały ozór, ale jeszcze się czymś zarażę…). Skurcz przełyku, nie zjem, za chińskiego boga. Chleba też nie ma, tylko moje trzy kiełbaski śląskie (wielkości frankfuterek) tutejszej polskiej produkcji się ze mnie nabijają z garnka. Pomyślałam, dobra, kawałek pomidora, pomieszam z makaronem, dodam polskiego sera… Pomidor mi został jeden conajmniej… Tylko że ze składników pomidora też nie było – pomidora, którego zwykle nikt nie chce jeść, z Połowicem na czele. A przełyk zaciska buźkę i mówi – nie puszczę.
Polazłam w końcu do sklepu, osiedlowy irlandzki jeszcze ptwarty, Tesco za daleko, już późno i niemiło, sama nie chciałam, z Połowicem tym bardziej, bo potrzebowałam się go pozbyć z krajobrazu - ale z chleba jest tam tylko irlandzki karton tostowy i bułki do hamburgera takie jak w McDonaldzie. Przełyk protestuje. Zgodził się na wersję makaronu z kiełbasą i jarzyną. Owoców też nie było – tylko pomarańcze i wybór jabłek: kwaśne albo mączaste. 

W ramach wspomnień wakacyjnych: Połowic w standardowym supermarkecie na widok sekcji z czekoladami jednej firmy (nie pamiętam, chyba Wawel?…) powiedział WOW! niczym sama Pretty Woman. Przy wyborze herbatnikó głupieje i kończy z pierwszymi z brzegu, podobnie z czekoladą czy jogurtem. I tak dobrze, że nie reaguje jak Robin Williams na widok seksji kawy w filmie zatytułowanym bodaj  ”Moskwa nad rzeką Hudson”. Robin Williams odtwarzał rolę zbiega Rosjanina, którego amerykańska rodzina posłąłą po zakupy. Robin Williams padł w tej scenie na ziemię – zemdlał. Chyba chodzimy na zakupy do złych sklepów, ale szczerze mówiąc po zwiedzeniu Lidla w Hollyhead (UK), gdzie musiałam dokonać awaryjnego zakupu, poszliśmy do tutejszego. Muszę sprawdzić, czy to jest też LIDL, bo może jest jakiś kruczek i to inna sieć?

No przecież się nie będę takimi głupotami przejmować, prawda? Takie tam marudzenie bez sensu.

No to teraz nich ktoś to powie mojemu mózgowi, który ogłosił stan krytyczny i ogłosił gaszenie pożaru płaczem…

Takie głupie byle co.

Ciekawe, że wczoraj pracowałam nad pewnym fragmentem większej całości, w którym bohaterka wskutek niefortunnego ciągu wydarzeń przez cały dzień jakoś nic nie może zjeść…. Chociaż jest ona w dużo gorszej sytuacji niż ja, to ją przynjmniej ktoś zaprosił na wielką i wspaniałą wyżerkę jak ze snu. Ups, spojler… Ale może coś jeszcze pozmieniam ;)

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Powietrze wróciło

23 sie

…ale czasu dalej nie ma.
Chyba nie ma też podwyżki :(((
Szkoda.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Ekologiczny niepokój

20 sie

Duszé sié. Nie tylko ja. W powietrzu nie ma powietrza.
Cholerny kraj.

TLENU!!!!!

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Walka z przestępczością – kontynuacja

19 sie

Być może to jeszcze jakieś reminiscencje dnia poprzedniego, ale się wkurzyłam dziś, kiedy po powrocie z przechadzki lunchowej po chleb okazało się, że mi ktoś wtranżolił połowę kawałka serka, który zostawiłam w służbowej lodówce. A może ja już mam taką sklerozę. Ta skleroza dotknęla mnie również wczoraj, kiedy sie okazało, że miałam ci ja pomidorka w tejże samej lodówce.

Dział odpowiedzialny za porządki zasugerował, że może to ktoś poszkodowany powienien tym razem wysłać maila, bo oni już setki wysyłali, na lodowkach i szafkach są kartki, że żarcie jest prywatne, a pracodawca tylko łaskawie dostarcza kawę, herbatę, mleko i masełka/margarynki. Kiedyś były jeszcze ciasteczka (łącznie z KinderBueno!), dżemik, serki i krakersiki… Ale to dawno – przed kryzysem jeszcze…

Żarcie jest dla mnie lekko problematyczne, bo zasuwam po nie trochę daleko. Generalnie po powrocie z PL mam zawsze problem z jedzeniem – odrzuca mnie tutejsze; nawet jak sama robię, to muszę się zmuszać. Więc produkty przetwarzane muszą być polskie (ser), ewentualnie czasem kompromisowo pieczywo – niekoniecznie polskie.

Niemniej – wysłałam maila do ludziów. I czekam, czy mnie znów ktoś opieprzy za słuszne rozżalenie, że nie na wszystkie kanapeczki mi tej biednej, przepłaconej polskiej goudy starczyło. Dzisiejszy pomidorek ocalał, bo zapomniałam go szczęśliwie rano z torby wyciągnąć.
Chleb i własne napitki trzymam już od jakiegoś czasu w szufladzie biurka, ale ser jak nie z lodówki, to nie jest fajny.
Pamiętam taki jeden serek – krakowski na śniadanie, z najgorszego akademika w Krakowie z koedukacyjnymi prysznicami i metalowymi szafkami w pokojach. Lodówka??? Hahaha.
Więc i tak – żyję w luksusie.

Ale te 1 euro za skradzione żarcie mogłabym dołożyć do mojego nowego wymarzonego lap topa, bo w obecnym po podróży i lekkim upadku klapa się źle zamyka i bateria już nie blokuje. Ups.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Bójka na rogu

18 sie

Wracając z lunchowego spaceru i zauważyłam zamieszanie na rogu. Bito kobietę. Pięścią w brzuch.
Nie wiem, dlaczego. Może zaatakowała pierwsza, może kradła. Może odpowiedziała „nie tak jak trzeba” mężowi.
Obok nich 11- lub 12-letnia dziewczynka płakała i krzyczała; przypuszczam, że była to jej córka.
Zgromadzeni przechodnie i palacze stali obok i się przyglądali.
Bez wahania sięgnęłam po komórkę i ruszyłam w stronę tych ludzi. Tych bijących / się. 112, policja, adres, co się dzieje.
Przestali, zanim zbliżyłam się na 10 metrów.
Kiedy podjechała policja – a raczej GARDA, bo to nie do końca to samo – z biura na rogu wyszedł strażnik. No cóż, to nie jest jego obowiązek pilnować porządku na ulicy.

Nie wiem, co bym zrobiła, ale nie mogłam tak stać. Może ze względu na to dziecko; może się z nią zidentyfikowałam (dlaczego, skoro nie mam żadnych podobnych doświadczeń???)
Może zrobiłam źle – jeśli to jej matka i próbowała coś podwędzić, teraz zostanie aresztowana, a co z dzieckiem?
Przewijam ten obrazek i zastanawiam się, co bym zrobiła. Wiem, że nie rzuciłabym się na faceta, tylko starała się załagodzić, bez względu na to, czy bym oberwała, czy nie.
Moje zachowanie nie było bezmyślne. Było sterowane przymusem wewnętrznym.

Mam nadzieję, że nie tylko ja zadzwoniłam. CHYBA widziałam jednego gościa z komórką w ręce, ale czy jej użył, jak powinien?
Tylko ja zareagowałam. Nikt nie drgnął. Nie czuję zdziwienia, tylko gniew i oburzenie. Jestem wściekła i mam ochotę tym gapiom spuścić podobne manto, wszystkim po kolei.

Dobrze, że Połowica nie było, bo znając go mógłby mnie wyprzedzić i wtedy byłaby rozróba na całego :| Hahaha. :|
Dobrze też, że facet miał tylko pięść.

Nie chcę iść do domu. Chcę iść na spacer i patrzeć ludziom w oczy tak długo, aż znajdę człowieka.

———-

Totalny Gryfon, najpierw działa, potem myśli. Wstyd, naprawdę.

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Intensywnie

17 sie

Chwilowo nadal z czasem jeszcze nie bardzo.
Wprawdzie moja wysypka znika, za to Połowicowy żołądek nie lubi tutejszych warunków. Zaczynam się czuć skołowana. Na razie byle do piątku, potem się zobaczy.
I jeszcze pewien Super Ważny Telefon Do Ważnej Osóbki. Muszę się zebrać sama w sobie najpierw. Ugh. Bywają czasem takie trudne wybory…
I poinformować szefa, że nie jadę na zlot pracowniczy, bo nie widzę busów do Austrii. No żeby połączenia naziemnego nie było z Austrią???

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Urwanie głowy

08 sie

Na wakacjach jestem, nie mam czasu! PA!
Ale zdjęć masa :)))) będzie o czym pisać!

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS