RSS
 

Archiwum - Styczeń, 2010

Ruszyliśmy swoje szanowne… do Duplina (nomen-omen)

30 sty

Po pierwsze serdeczne dzięki za lekkiego kopniaka. Przydaje się od czasu do czasu, zdecydowanie.
Właśnie kopniaczka zobaczyłam. Teraz, kiedy się postanowiłam zalogować zresztą i coś skrobnąć.
ojechał do reklamacji, może się naprawi. W związku z czym internet – albo w pracy (ale kierownik zawitał, poza tym jakoś tak niezręcznie… niby inni też, ale mimo wszystko… krępuję się trochę) – albo w sypialni, gdzie jest mój ukochany, zaniedbany lekko PC. Tylko w syialni można chodować pingwiny lub urządzić serwerownię z racji temperatur, więc tak średnio na jeża mi się chce tu siedzieć, skoro w tzw. dziennym buzuje na kominku gorący ogień. Okna maiły być do końca stycznia, ale nie sądzę, by chłopaki sprawdziły, styczeń KTÓREGO ROKU panowie mają na myśli. Zdecydowanie nie był to 2010. Sąsiedzi na takie okna „pzed końcem miesiąca” czekają już trzeci rok. Bo są to okna, które nam opłaca uprzejmy County Council, Merlin mu zapłać, bo ja nie.
Skrobnąć chciałam krótko, ze zasadniczo dalej lekka stagnacja i mam na taką nadzieję poniekąd, choć nie kryję, ze potrafię sobie bardzo łatwo wymarzyć lepszy scenariusz, w którym np. dostaję chociaż niewielką podwwyżkę, o bonusie nie wspomniawszy. Ale ustalmy jedno – nie OCZEKUJĘ, nawet jesli uważam, żemi się bardzo należy. Tak, mimo że pracuję w sektorze winnym dyfterytu we wschodnio-południowej prowincji Chin i pladze dżdżownic na podwórku u Masztalskiego. Uważam bowiem, że odpowiedzialność grupowa to stygma jakiegoś takiego mneij popularnego ustroju politycznego… Który mi również nie odpowiada, zwłaszcza, że się ta odpowiedzialność wtedy bardzo rozmywa i i tak wychodzi na to koniec końców, że winny jest NIKT. Więc na pewno nie ja, bo ja jestem KOTICZKA. A Koticzka to jest bradzo KTOŚ. I jak coś spier…niczy, to przynajmniej stara się naprawić. Jak spierniczy ktoś inny – też, więc powinnam ten bonus i tak dostać. QED.
A poza tym dziś mam weekend i sobie mogę marzyć o mnóstwie rzeczy, a poza tym byliśmy w muzeum i u fryzjera i na zakupach w sklepie z octem (czyli w polskim spożywczym na wygnaniu… dla młodszego pokolenia – to aluzja do czasów kryzysu, googlać, jak ktoś nie wie) – i generalnie był to jak dotąd bardzo przyjemny, pogodny, słoneczny (sic!), lekko przymrozkowy dzień.
Na placu muzealnym (plac musztrowy, bo to dawne koszary) trafiliśmy na pokaz – pląsał tam chiński smok w rytm uderzeń bębnów importowanych z Chin, pięknie zdobionych. Mieliśmy wyjątkowe szczęście – nie wiem, ile trwał cały pokaz, ale chyba nie dłużej niż pół godziny :) W weekend 13-14 lutego będzie Chiński Nowy Rok, więc będzie większa impreza – koło Jervisa chyba. Moze i smok będzie tam znów, bo wyjątkowo przystojny i wyjątkowo ślicznie pląsa, a bębny dawały jakiś głębszy pogłos w sercu, pewnie wskutek owej stagnacji (patrz poniżej – tudziez poprzednia notka).
W muzeum Połowic oglądał wypchane zwierzaki, a ja mu towarzyszyłam :/ nie umiejąc się opanować przed werbalizowaniem moich odczuć wobec faktu, ze zanim zostały wypchane, to te zwierzaki były żywe. Potem obejrzeliśmy inną ubożuchną sekcję nt. meteorów i miejsca planety Ziemia w Układzie Słonecznym. Chociaż wybitnie ciekawe te kawałki skał, metalu, szkliwa… i pomyśleć, że myśmy to sami musieli wymyślać, a tu gotowe i to za darmo przylatuje ;> Krótko było, bo za dużo tych eksponatów nie ma w żadnej z ekspozycji, a resztę muzeum oglądaliśmy przy poprzedniej okazji i już nam się nie chciało. Bo czekało na nas mnóstwo atrakcji, w tym długi spacer na drugi koniec centrum Dublina (ci, co mieszkali w prawdziwych miastach, proszę się nie nabijać) do fryzjera – już nie mogłam się doczekać. Obiecałam sobie w PL pójście, ale jakoś się nie odważyłam. Odkąd zmarł zbyt młodo Łukarz Sparzyński, niesamowity młody człowiek, który mnie zawsze pamiętał nawet po paru latach nieobecności – a potem już zawsze, chyba głównie dlatego, że go podeszłam i kazałam robić fryzurę do ślubu bez prób (dowiedział się, jak już kończył…), nie mam jakoś ani serca ani odwagi pójść do nikogo innego. Chłopak miał niesamowity talent i świetną rękę. Smutno mi nie tylko dlatego. To po prostu niesprawiedliwe, jak właściwie każda młoda śmierć. Tutejszy fryzjer jest relatywnie tani, ale też jakość… no cóż. Ale nie wyglądam źle, a na pewno lepiej niż z tym czymś o niedookreślonej długości na czole, co wiecznie wyglądało jak przetłuszczone. Myślałam, żeby zapuszczać i się jej pozbyć, ale potem sobie przypomniałam zdjęcie na mojej karcie identyfikacyjnej do pracy. Ma już z trzy lata i ciut. Miłosiernie zmniejszyli je tak, że na zdjęciu jestem cała do kolan – nie przycięta do łebka. I tak jest dużo lepiej.
od fryzjera tuptaliśmy z powrotem do sklepu polskiego z rzeźnikiem. Okazłao się, ze jest tylko schab, żeberka i podroby. I kurczak poćwiartowany. Schab na szczęście okazła się ładny. Irlandzki dostawca OLAŁ naszego ulubionego rzeźnika. Bałwan. Nawet nie bałwan, przecież tu śniegu na bałwana zasadniczo nie ma. A jak jest, to tez jest kryzys. Zakupy zrobiłam za zawrotną kwotę, oddałam ciastka, bo się okazało, że przetrwoniłam gotówkę, a kart, cholery, nie przyjmują. I dobrze, zdrowsi będziemy, a poza tym mam motywację większą, by zrobić szarlotkę, hahaha, kopnijcie mnie, bo jakoś nie widzę tej szarlotki oczyma duszy. Na pewno nie dziś. W polskich sklepach ogarnia mnie rozpacz. O ile TESCO ma wymówkę, że nie ma polskiej żywności, bo w końcu dlaczego miałoby mieć, to polski sklep spożywczy cieżko wytłumaczyć przed zaopatrzeniem jak z czasów kryzysu. I tu przypomina mi się między innymi piosenka tego innego (the other) Pierwszego Elektryka Rzplitej – pana Pietrzaka – mniam-mniam-mniam – skąd ja znam ten smaczek… Mniam-mniam-mniam – wspomneinie pod językiem się kołacze…
Między innymi nostalgia wywołana tym, ze w czwartek skonsumowałam ostatni kawałeczek pleśniowego serka Turka. Skret Mnicha z orzechami ‚wyszedł’ pierwszy.
A propos – przeżyłam lekki szok, że młodsze pokolenie nie ma pojęcia otym, skąd sie bierze powiedzenie „Nieczynne z powodu, bo remont”. Fakt, że w oryginale było troszeczkę inaczej, mojego szoku nijak nie łagodzi.
I to by było na tyle. Sweterek Smoczy się produkuje, chociaż trochę mnie irytuje fakt, że moda na swetrzydła się słabo przyjęła, dużo słabiej, niż na to zasługuje. Ale też tu nie są one tak pożądane. W piątek mijałam dziewczyny w tiulowych sukienkach na ramiączkach – sznureczkach z narzuconymi szalami, w butach typu sandał na szpilce. Dziś znów – kobietę w butach bez pięty i palców. A w ogrodzie szron przez cały dzień leżał, ja w moim sztućnym kożuchu i w kozaczkach, czapka, szalik i rękawiczki. No cóż, jak pewna polska imigrantka stwierdziała dawno temu w wywiadzie – po paru drinkach się chłodu nie czuje, ale ja się na sztywniaka upijać nie lubię, dziękuję uprzejmie. Może i życie na trzeźwo jest nie do przyjęcia, ale przynajmniej wiem, że żyję i nie mam kaca :D:D:D Pinta Guinessa raz na ruski rok wystarczy. Właśnie, mieliśmy w lutym się wybrać do Browarów Guinessa!
Dzień nie byłby pełny bez wizyty w polskiej cukierni. W związku z tym nie ma dziś obiado-kolacji, bo zapchaliśmy się pasztecikami z grzybkami i z kapustą. Mrrr.
Merlinie. Jakże jałowe życie wiodę, w przerwach jedynie wysilając mózg nad działalmością literacką zupełnie innego pokroju. Sza i trzymać kciuki za przebudzenie żywiołu literatury uprawinaej czynnie.
no nawet nie wiem, jaki tag to powinno mieć. Codzienność??? A może słońce nad Duplinem.

aniu46 – ruszaj do boju. Zgnuśnienie jest paskudne i nam służy nienajlepiej! ;)

AAAAAAAAAAAAAAAAAAA Zapomniałam o BARDZO WAŻNEJ INFORMACJi z newsów polskich!!!!
Uwaga.
MAREK NIEDŹWIECKI WRACA DO TRÓJKI OD PIERWSZEGO KWIETNIA I TO NIE JEST PRIMA APRILIS!!!!!
No jak rany Merlina Wielkiego! No HURA. :D
Zamierzam zrobić galeryjkę – przegląd 2009 roku, tylko… no jeszcze trochę mi się nie chce, bo mam dwie zaległe do zrobienia – ślub kuzynki Połowica oraz Świąteczną < ziew > Cierpliwości… A, i trzecią – obiecałam sobie galerię wyrobów dzierganych by Koticzka, ale do tego potrzeba pogody i światła, towaru deficytowego w Eire.

Czy ja się skarżyłam, że kupiłam gadżet – kwiatuszka, co się kiwa, na baterię zasilaną światłem, postawiłam w pracy na wysokiej szafce, żeby bliżej lampy był, i on się prawie NIE RUSZA? No i skąd ja mam brać energię? czy ja jestem Krtek? (Joooo?)

A ze wspomnień wcześniejszych i dzisiejszych Koticzka Para Mątw prezentuje:

Zima w PL (Dębowiec) – odsłona 1
Zima w PL 

Zima w PL (Dębowiec) – odsłona 2
Zima w PL 

Zima w Lucanowie – odsłona jedyna przyzwoita, bo tyle właściwie uchwyciłam szkiełkiem aparatu po pracy… I jeszcze mam odbicia w szybce, bo nie chciałam otwierać okna, żeby chociaż te dwa, trzy stopnie różnicy temperatur utrzymać… no dobrze. przesadzam. A potem nie wiem, czemu nie zdjęciowałam właściwie…
Zima w Eire 

Tak zbieraliśmy pieniądze na pomoc dla Haiti w piątek. Ludzie zrobili ciacha i każdy dawał, co mógł. I ja dałam mało, pożarłam cztery kawąłki i teraz mam wyrzuty sumienia. O. Może dadzą sie dołożyć jeszcze w poniedziałek…?
Składka na pomoc dla Haiti 
Kurczaki, tak patrzę i zaczynam mieć wątpliwości, że jest jakiś kryzys, kurdesz nogasz.
Czy ja mogę zrobić parę ciast i je POSPRZEDAWAĆ regularnie w tym samym banku? Będę żyć z napiwków i mieć satysfakcję zawodową…
Składka na pomoc dla Haiti 

A to właśnie SZMOK pląsający po placu musztrowym Duplińskich browarów nie.. szarawarów nie… żargonów nie.. tych… no.
BARAKÓW. Właśnie. Chiński smok, w żadnym razie nie amerykański ;>
Szmok 

Szmok

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

umiarkowana doza stagnacji

19 sty

Znaczy, nic się nie dzieje. Oprócz dzianiny. Zrobiłam sobie popielate rękawiczki i bezkształtny kominokaptur na zamek, skończyłam sukienke i posuwam się ze smoczym swetrem; rękawy gotowe.
< Ziew >

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Odwilży ciąg dalszy

13 sty

W ramach odwilży wczoraj w drodze powrotnej przewiał mnie wiatr podobny do średniego halnego obficie przyprawiony deszczem ze śniegiem. Przewiał mój nowy sztućny kożuszek razem z sukienką, golfikiem, sweterkiem, przeniknął nawet przez skórzane buciory nad kolano, zmoczył grzywkę aż pod czapkę mongolską made in czajna.
Dziś rano zwlekłam się z łóżka i ostrożnie niczym chińską porcelanę zawlokłam cielsko do roboty. Odsiedziałam swoje, nawet mocniej popracowałam i zawlekłam się nieco bardziej dziarsko do domu. Siedzę przed talerzem nieziemsko pysznej pasta con kurczak i pieczarki i nie mogę jej zjeść. Znowu. Bo podobnie było na Święta. W związku z przeziębieniem zabrakło mi naonczas apetytu.
Jeszcze dwa cholerne dni i piątek. Może dociągnę.
Wciesnę jeszcze trochę pasta con dodatki i idę do wyra, pod kołdrą może wreszcie skończę tę wełnianą sukienkę, którą zaczęłam w zeszłym roku. Właściwie tylko zszyć i przepierka, potem suszenie pod kotem, który – idiota – na mokrym się wielokrotnie już kładł. Jeszcze wilka złapie…
Zapiję może jakąś herbatką żydowsko – kozacką, jeszcze mam z poprzedniej podróży; bo w tym roku do torby za cholerę nie wlazła.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

W związku z odwilżą siedzę.

11 sty

Siedzę – przy PCcie :) Temperatura się podniosła i bez dogrzewania jest już 16 stopni. kaloryferki odpalone, bo chłopaki nie zauważyły… pingwiny jedne…
Nieiwele będzie notek, bo zmęczona się czuję, śpiąca, bo w końcu poniedziałek. wspominałam, że choinka uśmiercona rytualnie? Łącznie ze spaleniem w kominku – zwróciliśmy jej energię przyrodzie, niestety w postaci energii cieplnej. Ale ciągle wierzę w lepsze okna.
Powstają również – a raczej wykańczają się – nowe wyroby dziane. Chyba naprawdę zacznę sprzedawać, bo sama tego nie jestem w stanie ‚wynosić’…. O ile ktoś zechce kupić… Obaczym i to.
Chwilowo ide się nasurfować, ale jeszcze wrócę ;>

Ad komentarze:
Wapienica – oj piękna, co to się tam działo! :) Piękne to czasy byli. Może wrócą, nigdy nie mów nigdy!
Czy wysyłanie takiego kabelka priorytetem to nie jest aby rozpiusta? Z drugiej strony jak na Eire to i tak pewnie taniej wyjdzie – ale proponuję to jeszcze przedyskutować ;>

Idę po zupę do tego surfowania, co będę o pustym żołądku sporty stacjonarne uprawiać!

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Jak to na Święta było.

08 sty

Było, było.
Jak już wiecie, przyjechaliśmy nawet, nawet – prześliznęliśmy się pomiędzy zablokowanymi w Eurotunelu pociągami, Połowica złapał ból w klacie po wysiądnięciu z busa, ale dotarliśmy – w śniegu i mroziku - pociągiem, bo chłodnica się naprawiała.
Potem ja się rozłożyłam na przeziębienie.
Potem komputer się rozłożył i nie łączył z siecią, a Tacie cały czas siedzieć na głowie niezręcznie, potem się rozłożył komputer Taty, potem spadł wreszcie śnieg na Sylwka, a my poszliśmy do kina, a potem wreszcie zaczęłam dochodzić do siebie, czego wynikiem są fajnę zdjęcia, ale w aparacie jak na chwilę obecną. Po drodze rozłożył się mój zakupiony w MM nowy kabelek do laptopa, stary wyrzucony, w związku z czym jestem podpięta chwilowo do PCta. Chwilowo, bo o ile PC działa nieźle w niskich temperaturach, to ja nie, a w sypialni przy czynnym ogrzewaniu i dogrzewaniu dmuchawą osiągnęłam jak na razie 14,5 C. Do czego wróćę za chwilkę.
2 stycznia udał się kulig. Spadł śnieg, chociaż głównie dla nastroju, bo i tak wozy na kołach jeździły, bo śnieg wyślizgany i do sań niestosowny. Ale fajnie było, tylko zapomniałam konia obfotografować.
Jeszcze w związku z tym pragnę przypomnieć, że jak się pije alkohol, to trzeba mieć po pierwsze podłoże w żołądku, a nie na pusty, po drugie – w małych ilościach, a po trzecie w jeszcze mniejszych, bo niektórym do głowy idzie ;> Kto był, ten wie. Za usterki przepraszamy.
Pojechaliśmy z powrotem przez pół. gdzie tam – przez całą Europę prawie, a przynajmniej przez zjednoczoną. Bo na wschód to właściwie już tylko Ukraina się ciągnie, a dalej – Matuszka Rosja. W śniegach i mrozach radośnie jechał nasz bus Polonia, zjawiając się według planu, czasem przed to tu, to tam. W Niemczech -10, nic to; w Holandii nawet nie zauważyli, w Belgii chyba też nie, o ile tam byliśmy, we Francji odkopali Eurotunel, pewnie szukali piątego pociągu, nic to, funkcjonuje. Anglia i Walia na przemian słońce i śnieg – suniemy równiutko. Holyhead – ostatni przyczułek walijski, skąd ewakuujemy się do Eire promem – i co? I dupa, promy odwołane, bo pogoda. Sztorm ponoć był. 9 dodatkowych godzin w pustym porcie uśpionym nocą, do 2:30 nad ranem. O szóstej w Duplinie sparaliżowanym przez mrozik i opady śniegu.
Wysiadłam energicznie i pocałowałam z impetem ziemię irlandzką. Znaczy siedzeniem, na szczęście poleciałam na pupę ;> po paru machaniach wreszcie jakiś taksówkarz zdobył się na odwagę i zatrzymał samochód. Załadowaliśmy się i z prędkością 20 km na godzinę w porywach pojechaliśmy do Lucanowa.
Do pracy bym już nie zdążyła, zwłaszcza, że busy od dwóch dni omijają naszą wioskę łukiem czyli obwodnicą, w związaku z czym miałam dziś ekstra spacerek w obie strony. Wieczorem nawet dłuższy o długoś odcinka, którego bus nie przemierzył, bo się dwa autka stuknęły przy wyjeździe ze stacji – zdaje się, że dziewczynka podjechała po węgielek. Z tego, co widziałam, to nie tyle lód i śnieg, chociaż bus hamował pul;sacyjnie i chwąła Merlinowi, że im jeszcze w tyłki nie wjechał, w całą tę kolumnę – otóż na tym odcinku linia dla busa jest odgrodzona, żeby palanty nie jeździły. I bus utknął i ani w te, ani wewte. I tak miałam szczęście, że tak blisko mieszkam…
Zanim bohatersko dotarłam do roboty, w czwartek po odespaniu powędrowałam do sklepu po drobiazgi do żarcia, jako najbardziej doświadczona w chodzeniu po śliskim i zimnym.
Wrył mi się jakiś niedorobiony palant przed nos z jakąś zafajdaną przetłuszczoną czekoladopodobną masakrą marki Kadbery. Patrzę z wyrazem wyrzutu na twarzy palanta, a jego porypana towarzyszka mówi z gębą wykrzywioną w czymś, co zapewne miało udawać pogodny i bohaterski uśmiech, że nie ma pretensji, bo  w końcu mają inne problemy. Nie jestem odpowiedzialna za jej problemy seksualne ani chore relacje z mężem czy dziećmi i nie obchodzi mnie grzybica jej babci. Bo ona chyba nie miała na myśli
tej warstwy lodu i śniegu, której nikomu się nie chce posypać niczym, bo w końcu są cięcia budżetowe i nikt za darmo nie będzie dodatkowo w godzinach pracy machał łopatą! Tego nie ma w zakresach obowiązków, w związku z czym ulice pokryte były lodowiskiem i śniegiem, po czym posypano je wreszcie solą, po czym przyszedł mrozik około -10 C, a czym to skutkuje po soli, to wiemy.
Zatkało mnie po tych trzech dniach podróży. Jakże gorzko i mocno i boleśnie żałuję, że mnei zatkało. Nie potraficie sobie wyobrazić. Bo podróż, owszem, zmęczyła mnie, w pleckach mnei pogięło, miałam jeszcze inne jazdy nieco nieplanowane, te stosy bagażu przerzucać przez zwały lodu też sie udało bez jazd dodatkowych… Ale wejście pani było niczym wejście smoka na kinderbal. Albo odwrotnie.
Mają nam okna wymieniać za jakiś tydzień może. Węgla nie dowieźli w zeszłym tygodniu, a nowy zidentyfikowałam na górce, jakieś 20 minut od domu – chyba taksówką się dowiezie, bo przecież nosić nie będziemy,a  bez dogrzewania kominkiem, to już zupełna masakra. No przecież zim w Irlandii jako takich nie ma, prawda? anomalie pogodowe moga się zdarzyć raz na te 10 lat, a to, że w ostatnich latach śnieg chyba co roku, pamietam, bywa, to jeszcze nie znaczy, że Irlandczycy są do tego przygotowani, prawda?
Mnie naprawdę zima niestraszna, mimo, że butów, idiotka, nie kupiłam, a trzeba było, chociaż nieposypane chodniki i ulice, dalej zimę lubię i raduje moje serce szadź, przmieniająca parki i alejki w baśniowe korytarze i magiczne przejścia.
Ale jak mi jakiś jeden palant z drugim takie hasło rzuci, to jest to dla mnie siła obezwładniająca niczym ciemna strona Mocy lub zaklęcie Drętwoty.
Ale najbardziej boli, że w lap topie utknęły moje ulubione linki i nie wszytskie pamietam. Psiakostka.

Wszystkim życzę, by takiego kalibru były ich największe problemy i żeby na doatek i te i inne dało się z sukcesem rozwiązac już na początku tego roku i żeby reszta płynęła miętko i zgrabnie, a krzywa rosła z odpowiednij strony wykresu ;) Buźka!

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS