RSS
 

Archiwum - Marzec, 2009

Usiądź na brzegu rzeki i poczekaj…

31 mar

… a trup Twego wroga sam przypłynie, powiada stare fremeńskie przysłowie.

Południowiec dziś spakował się i wyszedł, pozostawiając puste biurko po sobie. Wziął komputer. Znaczy przenieśli mu wszystko.
Było mi przez chwilę nieswojo, smutnawo. Ale BARDZO krótko. Bo ja to chyba zła kobieta jestem.
No a teraz zobaczymy. Czy się coś zmieni? Nie sądzę.
Ale czynnik stresu zniknął z pola widzenia.
Nie mogę się otrząsnąć.
Został jeszcze Niemiec.

I przyszła nowa kobieta – nie wiem, jak to się określa po polsku dokładnie, albo to by była dyrektorka albo prezeska. Jest INNA. Przedstawiła się. Nawiązuje dialog. Przedstawiła oczekiwania i wyjaśniła motywację. Przedstawia, jakie są wieści.
Ale zapunktowała u mnie burzą spiralnych loczków upiętych atrakcyjnie, czarnym żakietem ze stojącym kołnierzem jak za Napoleona i – hm… kolią? Obrożą z kamyków? Przez moment czułam się jak w Harrym Potterze. Kiedy przyszła na kolejne spotkanie z zespołem, czułam się, jakby mi objawiono magię, kiedy powiedziała, że ceni otwartość i oczekuje jej, że nie lubi podchodów i nie będzie ich tolerować i że jesteśmy Zespołem. Miała na myśli Zespół i to właśnie przekazywała. No i w tym momencie Koticzka musiała symulować katar, szukając gorączkowo chusteczki, po czym dziabnęła się paznokciem koło oka.

Przytrafiło mi się sporo niefortunnych zdarzeń, z których wiele okazało się na moją korzyść. Bowiem nie wszystko jest takie, jakie zdaje sie na pierwszy rzut oka. Cokolwiek czas przyniesie przez te parę chwil było naprawdę fajnie ;)

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Zaległości

30 mar

Nic takiego się nie dzieje. Zostały mi dwa dni z południowcem – wynosi się do innego działu. Zostaję sama z bandą szkopów.
Teraz nie będzie na kogo zwalać, stanie się bardzo oczywiste, że chłopaki zza Odry (hm, stąd to raczej zza Renu) zarządzają jakby działali w dawnej partii politycznej, a nie w organizacji nastawionej na zysk zwanej potocznie przedsiębiorstwem. Z podchodami, pozyskiwaniu=em wpływów, działaniem za plecami w wątpliwym interesie macierzystej organizacji. Może i mają jakieś inne pobudki niż osobiste albo władza… Wolałabym wierzyć, że chodzi o pieniądze, ale z mojego punktu widzenia to kwestia osobistej satysfakcji – postawienia na swoim i przeforsowania własnoręcznie opracowanych metod, mimo że wszelkie badania i testy wykazały, że te inne metody, na marginesie: irlandzkie… są lepsze, niestety. Czuję się, jakby nastapił nawrót do przeszłości, jakby chłopaki, w szczególności ci z przodu, terminowali w Stasi… Szczęśliwie gramy tu o inne stawki. Nie podobają mi się metody i atmosfera, jaką tworzą.
Wychowana zostałam w szacunku dla uczciwości, można by rzec w duchu pozytywizmu, którego to okresu bardzo nie lubiłam. Te wartości mamy w rodzinie chyba w genach. Łącznie z naiwnością przedkładania wartości nad zdrowo pojęty własny interes. Polityka i dyplomacja bawią mnei jedynie z pozycji obserwatora, bowiem jest dyplomatycznie niedorozwinięta.
Myślałam, że brudne polityczne rozgrywki zostawiliśmy historii i paru krajom, gdzie panują wysoce kontrowersyjne systemy polityczne, nie do końca sprawdzajace się w praktyce, a z brudnej polityki zostają łapówki, przepychanki i filmy sensacyjne, afery korupcyjne ujawniane okazjonalnie; różne rzeczy w tym guście, niech będą również nieuczciwi skorumpowani bankierzy na skalę globalną, ale nie takie… COŚ. Trudno to opisać, ale trochę rpzypomina filmy z wczesnego okresu Bogusława Lindy. Albo Zanussiego.
Powtarzam sobie, że to tylko praca, a pod koniec dnia wnioskiem tego powtarzania jest, że w takim razie powinnam ją zmienić. Ale poza tym wycinkiem z paskudną atmosferą w moim zespole, który się z Duplina zmywa do Szkopcji, mnie się u nas podoba. Tylko znajduję się po niewłaściwej stronie szachownicy :) Poczekamy jeszcze trochę, może będzie okazja znowu się przemalować na biało.

Ponadto chciałam wyrazić mój doroczny oficjalne stanowczy protest przeciwko gwałceniu mojego organizmu i burzeniu naturalnego cyklu mojego ciała, okradającemu mnie z godziny snu. Jest oficjalnie prawie północ, ale mój mózg nie daje się oszukać i funkcjonować chce według PRAWDZIWEGO czasu, wg którego jest przed jedenastą i jest dużo czasu do zagospodarowania. W związku z czym jestem WŚCIEKŁA.

Skype działa jak malowanie, tylko ludzi nie ma – z drugiej strony, skoro nic się nie dzieje, to o czym tu gadać :) O tym, że przy pomocy włóczki wełnianej i szydełka ociepliłam sobie kapcie od spodu, bo tu ciągnie jak cholera? Czy o tym, jak mi sweterek ładnie wychodzi na grubaśnych drutach?…
No chyba że o tym, że Połowic emocjonalnie zaszantażowany po pierwsze wreszcie się zaczął przyznawać, co go gryzie (jak to najbardziej standardowy męski uważa, że nie powinien okazywać uczuć, co mu bardzo nie służy), po czym dał się namówić, żeby dokończyć „Skrzypka na dachu”, bo sponiewierani czymś tam parę tygodni temu zaczęliśmy, ale zasnęłao nam się w trakcie.
No oczywiście, że go wciągnął i bardzo się spodobał :) Jak zwykle, kiedy polecam film. Z poważnych zaległości do nadrobienia zostaje mu właściwie jeszcze tylko „Wielki błękit” i druga seria „Twin Peaks”. A później to już polskie seriale typu „Czterej pancerni” czy „Klos”… Przydałoby się jeszcze powstanie warszawskie – przedwojenny czarno-biały film z napisami. W odróżnieniu od Raków w rodzinie, mimo żem Bliźniak, mam wiele cierpliwości. Może nadto. W świetle dyskusji blogowej i przepowiadanego końca świata, który mnei wcale nie napawa optymizmem.

Nadal nie mamy biletów na ślub w Hiszpanii. Zaczynam tchórzyć. Chyba się nie przemogę… Kurcze, ale jak ja jej w oczy prosto spojrzę?!

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Hobby

20 mar

Rękodziełka praktyczne i niepraktyczne albo co można z przędzy i z kawalków różnych porobić, jak się ma czas.
Jeżyk z jabłuszkami jest odlowotwy, miśki i króliczki :D Wszystko jest niesamowite.

A tu robione na szpilkach:

http://www.flickr.com/photos/knitpurr/sets/72157594242831187/show/with/398606248/

A tu dowód, że można udziać WSZYSTKO…

Snails vs Slugs: The Wrestling Match 2

Na tej stronie fliskr.com znalazłam nawet papier toaletowy zrobiony na drutach. I nie tylko to.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Czwartek

19 mar

9 dni do odejścia Południowca. Ale do szału mnei doprowadza. Dziś znowu mu udowodniłam, że tępy jest. Dużo by opowiadać… Chodziło o analizę pewnej bazy danych. On stwierdził, że jest masa duplikatów, bo mu się jedne z numerów identyfikacyjnych powtarzały. Nie przeanalizował, skąd się te duplikaty biorą i co oznaczają. Koniec końców okazuje się, że duplikatów jest relatywnie mało. Tymczasem on już chciał procedury w całej organizacji zmieniać… w którym to zakresie nie ma kompetencji w sensie zarówno uprawnień, jak i… nazwijmy to: pojęcia.
Połowic ma zarządzoną ostrą dietę przeciwcholesterolową, w związku z czym wszamał kawął szralotki na pożegnanie… Niezły początek. Ciastkiem czekoladowo-patrykowym się nie podzieliłam.
Ciacho Patrykowe. Przereklamowane zletka ;P

Staram się nie myśleć. na 90% to cistaeczka z brakiem ruchu. W odwrotnej kolejności. Chociaż jak patrzę, jak Połowic podaje do stołu… zabiera widelec. Wraca po talerzyk. Idzie sprawdzić, czy wszystko wziął. Wraca po herbatę. Idzie zgasić światło. Więcej spala niż zje… PRAWIE. Które jak zawsze czyni ogromną różnicę. Oho, zasypiam…

Więc króciutko – plan na weekend…

Plany na weekend - ujęcie 1
Plany na weekend - ujęcie 2

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Brutalne gry…

17 mar

Pytanie w debacie: Czy granie w brutalne gry komputerowe zwiększa ryzyko stania się przestępcą?
Nie. Ale odmóżdża w trybie ekspresowym.

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Święty Patryk na sportowo

17 mar

Połowic golfuje, Koticzka surfuje.

Inności o Dniu Świętego Patryka – typowi Irlandczycy:
Ona (źródło – Interia)
On (źródło – Interia)

P.S. Koza ma odwrotnie zawieszone karnisze. Rozumiem, że firankijej wisza z dołu do góry…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Co zrobiła Koticzka (What Koti Did)

15 mar

Koticzka dostała od Połowica „100 klasycznych książek” w postaci elektronicznej na Nintendo. I nadal nie ma czasu tudzież siły zmagać się z Nintendo, gdzie ma swoje ukochane Animals Crossing – gdzie żyje sobie w wiosce z 7 domkami i żyje zez bierania owoców i muszelek oraz łowienia ryb i łapania robali; ma swoje gierki rozwijające rzekomo (-ą?…) inteligencję z moderatorem rysunkowym o kształcie penisa oraz traning dla oczu. I teraz książki. No cóż. Może jednak autobus.
Za to Koticzka udziergała ostatnio Połowicowi sweterek z kapturkiem w pasy (w tle polskie firanki-imigrantki…).
Rozpoczęty on został w okresie świątecznym w ramach szału włóczkowego, bo w Eire jakoś drożej wychodzi. Jakoś 5 do dziesięciu razy drożej…. I wybór jakiś taki mniej atrakcyjny.

HoodieHoodie
Pomalowała przy współudziale Połowica ostatni punkt oporu w ogrodzie – ścianę po stronie kuchni.
Prawie skończyła rękawki do sukienki.
Zrobiła własny szoł pt. Spheres, bo na dubliński importowany aż z Australii się nie dostała. Bo było, że wstęp wolny. Okazało się, że wolny w sensie, że bilety są za darmo. Zdenerwowałam się, pobeczałam, zbuntowałam i zdecydowałam, że sama sobie pokaz zrobię i będę miała świetliste kule :P Na własność i na zawołanie. I mam. ze sklepu. Że tandentne? Och, jak najbardziej. Podobnie, jak radosne uczucie, kiedy leżymy z Połowicem i gapimy się w te kolorowe kule magicznie zawieszone nad naszymi głowami, nad łóżkiem, jak dzieciaki na łące nocą, z uczuciem beztroski i rozanielenia :) Tandeta jest zdecydowanie niedoceniana. Niemniej różowego jelenia nie nabędziemy, bo nie lubię różowego koloru.

Lampiony / SpheresLampiony / Spheres

Koticzka spotkała znajomych i przeżyła traumatyczne momenty w PRZEtłoczonym pubie wraz z Połowicem zresztą.
I jeszcze zrobiła temu zdjęcia aparatem z umierającymi bateriami, które wkrótce zamieści w tej notce.
Z bateriami to było tak: Szwagier leciał do Paryża na dwa czy trzy dni w zeszły weekend. Zapomniałam mu wręczyć aparat, więc zostawiłam na dole, żeby zabrał sobie, jak będzie wychodził, z notką, że baterie słabe, przykro mi, zapomniałam kupić. Szwagier pojechał, zrobił kilka zdjęć telefonem (…Zrobił zdjęcia telefonem… Nie, no ja wiem, że posiadanie komórki bez aparatu to już praktycznie obciach… Nie przeżyję jednak tego zdania…), przywiózł badziewia dla turystów dla nas jako upominki. Oddał aparat. Zrobił 3 zdjęcia, czwarte nie wyszło, źle nacisnął, bo mu się ręce trzęsły na wieży Eifela (nie lubi wysokości). A jak robił te zdjecia, to się aparat wyłączał, bo baterie chyba słabe. Nie, wyniki sportowe czyta. Czyta, bo wie, co tam jest. Chyba że najpierw słucha na górze. Potem przychodzi na dół i udaje, że wie, ale w końcu Połowic by się połapał przez tyle lat, prawda?…

A teraz pomarudzę:
Tak naprawdę to jestem zła i rozgoryczona. Cały poprzedni tydzień tak wyglądał. Od poniedziałku rano poczynając, od wiadomości w gazecie, poprzez internetowe doniesienia o moim banku, o tym, że nie będzie nawet podwyżek kompensacyjnych o % inflacji, o dalszym wzroście podatków, poprzez wyjaławiające mnie emocjonalnie prezentacje, w które mnie wrobiono, wiele rozgoryczeń się we mnie zrodziło. Czego nie tknęłam – NIE. Bo nie. Łącznie z tym, że właściwie nie dostaliśmy lamp, które chcieliśmy do ogrodu. Ani lamp, które tak naprawdę chcieliśmy do pokoju. Znaleźliśmy też polską cukiernię, ale nie chcieliśmy taszczyć ciastek
po całym dublinie i jeszcze w pubie je kisić… i słusznie, jak się
okazało. Pizzeria, do której się udaliśmy okazała się gorsza od bardzo irlandzkiej restauracji, którą mieli na myśli znajomi. Poza tym, że ja nie miałabym co jeść w tej irlandzkiej, a do tej polskiej zamierzam wrócić na test ŻURKA! Znajomej nie smakowała sałatka, bo była za ostro przyprawiona vinegarem. odmówiła zamówienia sałatki, która byłaby specjalnie dla niej skomponowana, a przekonana jestem, ze dostałaby ją za darmo; wolała zapłacić 10 euro za ocekający tłuszczem stek w irlandzkiej (dieta znajomej zalecona przez lekarza polega na eliminacji pieczywa i ziemniaków; zostają jarzyny i mięsko). Irlandzka restauracja była w dodatku mocno zatłoczona.
Okazało się przy okazji, że znajomy usiłował wydrukować swoje bilety ze
strony internetowej. Miało ich być 6. Ale drukarka nie zadziałała.
Następnego dnia, kiedy drukarka zadziałała, otworzył stronę i spróbował
ponownie – a strona na to: już wydrukowałeś swoje bilety.
A mogliśmy pójść razem wszyscy.
Naprawdę poza drobnymi porażkami nie działo się nic. NIC. I już mniejsza o wszystko, ale ten pokaz naprawdę chciałam zobaczyć. I kupa. PO powrocie z miasta, kiedy to udawałam, że wiosna nadeszła, dziś cały dzień pękał mi łeb. Początkowo myślałam, że to jakiś kac po śladowej ilości Guinessa, ale że nos zamienił się w  źle dokręcony rurociąg i pulsowało przy każdym ruchu, wyszło na to, że to zatoki za karę, że się czapeczki nie włożyło. Szczęśliwie w końcu przeszło.
Naprawdę miłe było to, że ludzie chwalili mnie za mój odcinek prezentacji, uśmiechali się i ROZUMIELI. W odróżnieniu od dużo ważniejszych, a w sumie nie tak dramatycznie złożonych części moich przedmówców. Próbuję się tym pocieszać, ale co mi za pociecha, wszak treningi i prezentacje to mój chleb był powszedni przez wiele lat i WIEM, że poziom był niski. Zaniżony asekurancko z lekką premedytacją. W sumie cel osiągnięty poniekąd.
W Polsce pocieszyłabym się z koleżankami, wygadała, pośmiała, pośpiewała itd. W Polsce z okazji narodowego święta byłoby coś więcej niż jeden szow, jeden ponury film i jedna dysputa polityczna oraz 4-dniowy jarmark. Byłby jakiś festiwal teatrów ulicznych, pogazy połykaczy ogni, jak zwykle się dzieje w Gdańsku, Krakowie, w Bielsku też. Albo parada aktorów teatru Banialuka. Byłby koncert na Błoniach, gdzie można zawsze kupić bilet za ileś tam, w ramach koncertu przespacerowć się na jarmark, napić trunków na jarmarku lub w pobliskich pródkach czy pubach. Bo w Polsce rozumieją, że lud chce chleba i igrzysk. A tu igrzyska to obiletowana wystawa ludzkich organów, darmowe muzea, hurra, koncerty po 100 – 200 euro od łebka plus taksówka za 50 z powrotem. Właśnie się odwróciłam, żeby kabelek podłączyć, bo się wypiął, kiedy Szwagrowi się nie chciało klucza z kieszeni wyciągnąć, i Połowic, zażywający zasłużonego odpoczynku w pozycji horyzontalnej, pędził, żeby drzwi otworzyć, a ja nie zauważyłam, że się wziął i wypiął. I naciągnęłam lekko mięsień barku. No kruca bomba!
Nic to. Jeszcze dwa dni wstawania późno! Aż się chce zakrzyknąć „Niech żyje Święty Patryk”, ale to trochę mało logiczne. ;)
I ściana wygląda ślicznie, była sino-stalowa i zkurzona jest koloru
„magnolia” czyli jasno-kremowy, jakby słońce ją oświetlało. Na tutejsze
warunki to naprawdę najlepszy kolor – daje pełnię światła w łagodny
sposób.
Teraz sobie wygładzę zdewastowane pazurki, żeby nie haczyły przy dzierganiu.
Jak mawiała mama: Koticzka wyszła, przyszła pani Koticzka.
Miau.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Mecz

10 mar

Gol.
Połowic: JEEEEJ!!!
Koticzka: Jej.

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Koticzka presents…

10 mar

No niestety, presents i to 6 razy w ciągu trzech dni. I wcale jednak mi nie przeszło. Dalej nie chcę. Mam wstręt przed grupami nieznanych osób. A kiedyś obawiałam się rutyny. Nie zdążyłam – przetrenowałam (się) i nabawiłam jakichś nerwico-fobii kilka lat temu. Do dziś nie przeszły.
Ale błędy widzę i oczy mi drażnią ;> Takam wredota.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Malutka prowokacja

09 mar

Wspomniałam dziś na głos mojego dawnego wykładowcę – homoseksualistę, który oprócz talentu do wykładanego przedmiotu miał wyjątkową niechęć do płci żeńskiej. Niechęć przejawiałą się w wyrażaniu na głos wątpliwych opinii o damskich talentahc, predyspozycjach i inteligencji. Konkretnie deklarował ów człowiek ich BRAK.
Kiedy to wspomniałam, nagle ni z gruszki, ni z pietruszki południowiec się ożywił i zapytał wyraźnie zainteresowany: „Kto tak twierdził?”
Uderz w stół?…

Poza tym doprowadza mnie do obłędu brak czerwonej nici w domu, co uniemożliwia mi wykończenie Połowicowego dzianego sweterka z kapturkiem w kolorowe pasy. Piękny jest. Po nić trzeba pójść bowiem między 9:00 a 18:00. A ja przed 9 pędzę do, a po 18 z pracy. W godzinnej przerwie na lunch usiłuję coś zrobić, czego mi się nie udaje podczas obecności innych, bo ciągle zadają pytania. W związku z czym podejście do prezentacji w zaciszu domowym – numer dwa.

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS