RSS
 

Archiwum - Lipiec, 2008

Kocie wyrzuty

31 lip

Od jutra nasz kocurek nie będzie już spryskiwał okolicy. I wnętrza. Mam okropne wyrzuty sumienia, że dokonuję czynu – zbrodni – przeciwko naturze.
Myślę, że mi przejdzie, jak będę płacić za nowy komplet mebli wypoczynkowych w postaci kanapy i foteli, bo obecne cuchną.
Kiedy będę pociągać farbą ściankę przy oknie, zapewne zacznę planować materialne wyrazy wdzięczności dla weterynarzy.
A potem kupię nową torbę i kosztami obciążę kota.
Tymczasem skręcam się wewnętrznie ze zgryzoty. To wbrew naturze. Kaleczę żywą istotę w imię własnego komfortu…. Przede wszystkim, choć liczę na pozytywne skutki uboczne.

———————————————————————

Miłość oznacza dla mnie lęk. Strach przed upływającym czasem, bo będzie go za mało, nawet jeśli będzie bardzo dużo. Strach o drugą osobę, troskę, czy jest szczęśliwy/-wa, zdrowa…
Przyszło mi kiedyś do głowy, ze dorosłośc oznacza samotność.
Cóż. Emigracja dla mnie oznacza samotność. Połowiczną, by tak rzec.

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

My Polacy, my lubim sielanki

28 lip

Sobota. Jedziemy ze znajomym Połowica, gawędzimy. O moim romantyzmie, hahaha, bo ja się do romantyzmu w związku z urazami z dziecństwa za chińskiego boga nie przyznam!
Koticzka: …bo my Polacy jesteśmy bardzo emocjonalni*) i romantyczni! Prawda?
Połowic: O tak! Jesteśmy!

*) nad WYRAZ niezręczne tłumaczenie!

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Singiel oraz sprawa tacy

27 lip

I tylko dwie odpowiedzi: z egoizmu lub ze strachu za odrzuceniem w dyskusji na portalu.
Poczułam wstręt do tego, kto wymoderował taki zestaw odpowiedzi.
A co z prostym brakiem fartu – co jest, hajtać się na siłę?! Żeby nie być egoistą i zaryzykować odrzucenie, na którym nam nie zależy, bo partner nam na dobrą sprawę wisi? I skazać tę drugą osobę? Czemu nie w końcu, skoro nam nie zależy…
A co z niechęcią do konformizmu? Co z wiernością własnym zasadom? Z poświęceniem dla innych idei? Czy już nie ma miejsca dla poszukiwania i pragnienia prawdziwej miłości? Jak ktoś jest / pozostaje singlem (bo najwyraźniej wg wstępniaka wszyscy single to starzy kawalerowie i stare panny), to jest niedobry? egoistyczny? tchórzliwy?
Gdyby nie Połowic, byłabym singlem w wieku dawno po nasoletnim. Jest w mojej duszy ciągle sporo tego singlostwa. Poświęciłam je, bo byłam egoistką i wiedziałam, że tak bez Połowica to ja nie chcę. Chociaż zdawałam sobie sprawę, że związek to jednak hazard, tfutfutfu. Wszak w moim towarzystwie populacja szczęśliwie zamężnych za pierwszym razem jest zdecydowanie mniejszościowa.
A może jest odwrotnie, ci, ktorzy za wszelką cenę się pobierają, robią to ze strachu, żeby nie musieć się zmagać z życiem samodzielnie, żeby mieć na kogo przelać żale i gorycz (razem z tą wynikającą z nieudanego związku???) – czy nie jest to egoistyczne podejście? Skrajnie egoistyczne? Coś dziś nerowa jestem i drażnią mnie bardziej niż zwykle ludzie popadający w skrajności. Kórym niniejszą notkę dedykuję.
Tym o wypaczonym pojęciu o życiu w związku, o miłości i o życiu singla.
Tym od porównywania cen metek i naszywek międyz Polską a innymi krajami.
Tym, którym się wydaje, że osiągneli sukces świata osiadając w Chicago i oferują polskim inżynierom strzyżenie trawników tamże (jakby na kimś to robiło wrażenie).
Tym, którzy wierzą, że nowe markowe gatki albo ciapcie z nazwą bogini zwycięstwa przyniosą szczęście – oby tak sie stało, bo chyba na więcej trudno im będzie liczyć.
Tym, którzy osiągają apogeum ludzkiej głupoty i bezmyślności.

Oraz tym, którzy również ubolewają nad popadaniem w skrajności. 

——————————————————————————————————-

A teraz nazwijcie mnie niesprawiedliwą. Bo dziś oto sięgnęłam skrajnej rozpusty :) Spędziliśmy wieczór w ogrodzie przy nowonabytym okrąglutkim stole i to na okresowej wyprzedaży. Połowic dostał na niego zniżkę – HURRA!. W drugim sklepie dali mu zniżkę na patyczki bambusowe 1,8 metra. Ten człowiek się zdecydowanie marnuje. Na stoliczku stał sobie komputerek. Obżeraliśmy się pizza podrasowaną przez mnie dodatkowym serkiem i jarzynkami i popijaliśmy niemieckie piwo mało znanej mi marki.
A żeby Ci
nie było żal,
dziecino ma kochana,
z cukru był król…

- zatem: pizza była nieco za mało podgrzana, bo była kupiona w sklepie, piwo bezalkoholowe, a wieczór był irlandzki i chociaż globalne ocieplenie łaskawe było dla mojej skóry, to i tak siedziałam w kubraczku.
Internetem się nie ma co chwalić, bo wiele osób ma go w okolicy swojego domu, w mieskzniu itd., a w PL są okolice, gdzie jest bezprzewodowy za darmo (co w Eire jest na etapie projektów eksperymentalnych w niektórych dzielnicach stolycy – i to nie jest nasza wioska na pewno, i w dodatku są tam w tej polskiej okolicy fajne skałki, lasy i ruiny, których nie ma takich fjnych w Irlandii. M. in. dlatego, że nie są polskie.
Stół jest zielony do białych krzesełek, bo białego nigdzie nie możemy dostać! O smutku, normalnie tragedia! ;)
Patyczkowi brakuje 2 cm do pożądanej długości (ewentualnie można powiedzieć, że źle zaznaczyłam miejsca na zaczepy…).
Wieczór upływa pod znakiem (zapachem) perfum Usher. Perfumy opetały mnie, pożądam ich z pasją, ale nie bardzo podoba mi się ich zapach. Szczyt perwersji.
Na koniec wieczoru pokazałam naszemu biednemu kotu jego alter-ego na parapecie za oknem. Nasz kot skoczył na tamtego zdenerwowany i rozjuszony (sama bym się zdenerwowała, gdyby mi jakaś obca baba na parapecie siadła i jeszcze swoje perfumy rozpyliła na każdy przedmiot w ogrodzie), aż szyba tąpnęła (a może tąpać?). Dobrze, że nic nie pękło – ani koty, ani szyba – prócz nas. Kot powrócił do stanu względnego spokoju po kwadransie fukania i miotania się po parapecie, pokoju i kuchni. A ja ubolewam nad poziomem własnej głupoty. jest nieokreślenie głębszy niż poziom moich humorków irlandzkich.

Ażeby jednak nie wyszedł mi balans na ujemny, to wszystki ALE mi są jak najbardziej obojętne, a wnosząc sprzęty do domu czułam się jak bohaterka jakiegoś fajnego filmu o francuskiej prowincji czy czymś równie przyjemnym. Bodaj dwa dni temu szłam do łazienki coś zrobić – odłożyć, opuścić klapę może – pewnie tak, bo coś mi się koharzy, że powinnam była być zagniewana lub taką udawać, a napełniło mnie to dziwnym stanem radości. Nadal z równym natężeniem nie znoszę tego domu. Nadal z równą mocą pragnę wrócić do kraju i próbować żyć – w moim mniemaniu – normalniej. Bo życie tutaj dla mnie normalnością nie jest. Np. nabuzowane sylwetki lokalnych bogaczy w teatralnymi kolorowymi apaszkami zawiązanymi pod szyją na modłę włoskich książąt z nabytym tytułem to dla mnie książka, teatr, film, nie rzeczywistość – ale muszę jakoś wpasować to w rzeczywistość i mój umysł stawia opór. Stawia też opór akceptacji faktu istnienia fanzonunów (Caddyshaks 2 znani w PL jako Golfiarze 2). W PL sa tcy również, naturalnie. Ale inni jakoś. Swojscy. Wiadomo, jak z nimi postępować. Tutejszymi gardzę bardziej i podchodzę jak pies do dobrze skulonego jeża. Nie wiem, jak drani rozgryźć.
Ale tego uczucia, kiedy niosłam tacę do środka, te ciołki mi tak łatwo nie odbiorą i nie zepsują :)
 
Podsumowanie.
Ten dowcip dedykuję Sistermoon a propos naszej ostatniej rozmowy o nas samych… :)
- Salcie, wiesz, ten Rapaport to taki nieszczęśliwy i znerwicowany człowiek.
- Jak to, przecież właśnie kupił sobie nowego mercedesa???
- Właśnie. Wyobrażasz sobie, jak on się musi bać, żeby temu samochodu nic się nie stało?
  P.S. W weekend zawzięcie staram się o pracy nie myśleć, niemniej dzięki gorące za wsparcie; Nieradzenie sobie nie jest moją specjalnością. Jest nią robienie zamieszania. :) Tymczasem mamy sobotę, to ja skoncentruję się na jakieś 30 pozostałych godzin na tacy. 30 godzin. Majątek i ubóstwo w jednym.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Blogowanie, przemijanie i niedobory intelektualne…

20 lip

(cd. tytulu) …w grupie doroslej mlodziezy w krajach zachodnioeuropejskich na przykladzie Irlandii.

Poukładałam komentarze wg notek i się zdziwiłam. Bo do tej pory byłam przekonana, że jestem na bieżąco. A tu kuku – aha – wcale że nie do końca. Za komentarze wszelkie dziękuję serdecznie niniejszym. Nadal nie jestem przyzwyczajona, że ten blog taki publiczny się zrobił ;)

Funkcje Wyspiarz mi „wypomniał”, że znam. No, ja bym chciała sobie przypomnieć regresję. To bym się uceszyła. Ale chyba będę się tego musiała uczyć od nowa. O tym może później, jak mnie nie zmorzy za bardzo, bo siedziałam pół dnia na świeżym powietrzu. Gorzej, że ono zimne było to świeże powietrze i teraz jak mi już ciepło w domu, to mi się spać chce. O tym też później.

Feng shujowa energia moze wpasc w poslizg na ostrym zakrecie w domu, ale gorzej jej idzie na prostej drzwi-drzwi. Feng shui jest coraz powazniej traktowane, podobnie zreszta jak przy przyjęciu do pracy… horoskopy (sic!), ale o ile za feng shui przemawia fizyka, to na obrone horoskowpow nic nie mam. Feng shui sie u mnie po prostu sprawdza. A silnym argumentem za ta filozofią jest to, że propaguje porządek :) Nie nalezy feng shui niedoceniac…

Regresja nastąpiła u mnie w dziedzinie wiedzy o wielu rzeczach. Słyszałam kiedyś takie stwierdzenie – chyba od pani… ehm… regresja… Socjolożki??? Pamiętam twarz, nazwisko mi się kołacze, ale co wykładała…? Stwierdziła, że czlowiek dorosły po studiach to taki, który ma co zapomnieć. Zapomina pewne rzeczy, których się nauczył, tworząc miejsce dla tych, których jeszcze się będzie uczył. OK, ładne, mądre, słyszne. Po latch jednakowoż okazuje się, że sporo tych zapomnianych rzeczy jednak może jakby się bardzo przydało. A człowiek sobie poprzysięgał, że po co mu to było. A tu nagle się okazuje, że nic nas nie ominie, że zamiast trzech (ewentualnie czterech) Z, było chodzić na wykłady czy zachować chociaż notatki.
Mój poprzedni szef nadal dba o mój rozwój zawodowy i doradził faceowi, który jest potencjalnym szefem naszego zespołu, żeby mnie zaangażował w pisanie dokumentów. Dokumenty te to analiza metod statystycznych w oparciu o badania statystyczne. Po angielsku, żeby było łatwiej.
Ostatnio rozwój mojej kariery jest niczym bieg pijanego zająca po polu – dobrze, jak nie zawraca.
Poprzedni szef zapewnia mnie, że to wszystko się łączy w całość i będzie miało sens końcem dnia. No, za kilkanaście lat na pewno.
Koleżanka pocieszyła mnie, że sobie dam radę, że i tak zrobiłam o wiele więcej, niż ode mnie oczekiwano, odkąd mnei przyjęli. Super. Szkoda, że ja nie mogę powiedzieć tego samego o mojej wypłacie ani o funkcji… No cóż, bonus był znakomity, a jak jeszcze odzyskam część bezprawnie zawłaszczoną przez fiskus, to może mi się Gwiazdka 2009 zwróci, bo ta 2008 już nie da rady.
A facet mnie pocieszył, że jestem inżynierem, to się nauczę. On też nic nie wiedział na początku. No tak, ale ja się nie najmowałam do rozwiązywania funkcji wielu zmiennych ani przeprowadzania analiz ekonometrycznych, a on owszem. I niezłe studia kończył, jak po matematyce nic nie wiedział. No cóż. On istotnie sprawia wrażenie, że nie do końcca wie, co się dzieje naokoło. Zastanawiam się, jak to się stało, że jego przyjęli. Może jak się nauczyli, to było już za późno.
Ja się nauczyłam, że w życiu zasada, która się sprawdza najlepiej to „nigdy nie mów nigdy” oraz „nie wyrzucaj notatek ze studiów”.
Cieszy mnie ruch w pracy, cieszy bardzo. Całe swoje życie zawodowe przegryzałam ię przez ściany, bo drzwi wtedy jeszcze nie było. Ale takiego pietra już dawno nie miałam. Jednocześnie dostaję i inne zadania, wykraczające poza oficjalne. Dostaję je poza wiedzą obecnego szefa. No będą jaja jak berety… W środę przyjeżdża obecny szef i dostanę jeszcze zadania oficjalne. Zaszczelić się z gumki przyjdzie…
Nie wiem, co robią w takich sytuacjach Irlandczycy, ale mam wrażenie, że robią to samo – tyle, że nie przejmując się niewiedzą czy wręcz ignorancją.

R. zrobiła barbecue party. Przyszło tam dziewczę, które jakieś trzy lata temu posłano do Ostrołęki. Chyba POD Ostrołękę. Do jakiejś miejscowości z bazą wojskową. Mówiła, że ślicznie tam było, serdeczni ludzie, tylko kobiety chodziły z koszykami, tak, jak w jej wyobrażeniach w Irlandii 50 lat temu. Nie mam pojęcia, gdzie to dziewczę trafiło.
Potem rozmawialiśmy o Skype. Tłumaczyli mi, jak działa. Wow. Nie mogli bowiem zrozumieć, że ja nie mówię o Skype’ie, tylko o konkurencyjnej wobec Skype ofercie tutejszego operatora telefonii komórkowej dla Polaków. No jakoś umknęło ich uwadze. Olałam. I gorąco żałuję, bo teraz gówniara, która wciskała Hiszpance, jak się nazywa hiszpańska organizacja, która zajmuje się pomocą młodzieży z przeszłością kryminalną, siedzi w domu (może poszła spać, bo rano ma ćwiczenia yogi), poszła do domu z przekonaniem, że Polska jest zacofanym krajem, gdzie nie znają Skype, a baby łażą z koszami po ulicy. Jeśli w Ostrołęce faktycznie tak wygląda, to powinno się promować to miejsce jako żyjący skansen. Doprowadza mnie do szału ta myśl. Nie umiem odpuścić, bo była głupia i niegrzeczna. Do końca przyjęcia ani raz nie podeszła do nas. Dopiero, kiedy się żegnała. Jestem na to wściekła.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Ad komentarze

18 lip

To moze ja sie ustosunkuje, tylko jablko pozre, bo kloacja sie jeszcze robi.
Mniam.
Może w kolejności z panelu moderacyjnego bodaj wg dat:

Traszko droga, nie będę się rozpisywać ;P płynęło życie i się nam drogi rozbiegły. Nie rozbiegły? No rozbiegły. Się trochę zbiegły teraz znów na szczęście, ale ta odległość naprawdę jest przeszkodą.
Odległość nie jest bez znaczenia, nic nie zastąpi fizycznych spotkań, dlatego tak sie często parszywie czuję. Cała notka o przyjaźni bardzo niesprawiedliwie w niektórych miejscach traktuje wiele osób. Ale pisana była pod sporym wpływem niedoboru hormonów szczęścia. Witaminka B i magnezik nieco łagodzą te stany. Łatwiej znieść.
W ogóle nie powinnam narzekać. Przecież życie płynęło mi relatywnie spokojnie. No jejku, jejku, późno znalazł się Połowic. Nie. Poprawka: to JEST dramat; głodni jesteśmy wspólnych chwil, mało ich nam okrutnie; bezpowrotnei minione czasy, kiedy w obojgu nas było tak wiele entuzjazmu i sił – cóż moglibyśmy zdziałąć wtedy… O ile zwrócilibyśmy na siebie uwagę, bo na wszytsko jest odpowiedni czas i miejsce.
Kiedy ogarnia mnie „niedobór witminy B”, popadam w głębokie stany ponuractwa i goryczy, zgoda; ale, nawet jeśli marudzę koszmarnie, nie żałuję tego, co doprowadziło mnie do tego punktu. Żałuję, że trudno ten stan zmienić. Ale co przeżyłam, to moje. Smutki i radości, które utworzyły mnie, tę, która właśnie zwalnia klepanie w klawiaturę, by jak najmniej literówek popełnić. Zamiast powiedzieć, że nie chcę tu być, powinnam powiedzieć – chcę być  gdzie indziej, a konkretnie tu i tu. I jeszcze w takiej to i takiej sytuacji nie takiej niemożliwej do osiągnięcia, tylko nie bardzo możliwej teraz. Mniejsza o te precyzyjne wyrażenia, jakieś naleciałości z pracy mi tu zaczynają się przebijać. A tam to się dzieje. Dam sobie szansę spointować ten akapit: jestem z Połowicem. I tak miało być. I ta część nie podlega krytyce. Krytyce podlegają jednak warunki. Połowic nie może mi zastąpić CAŁEGO świata, choć bardzo się stara czasami. Ludziom czasem się wali życie na głowę. Całe życie, w kawałkach. Ja żałuję straty tego, co miałam. (Ha! Jest czego!) Czasem się boję, że nie odzyskam nawet namiastki.
Bo takie jest życie: niczym ruchy Browna. Spotykamy się, rozstajemy i odpływamy, by wpaść na kogoś innego, czasem zderzyć się z kim z przeszłości.
Tak, równie dobrze można ubolewać nad rozpływającą się chmurą, późnojesiennym motylem czy bałwankiem. Jak zima dopisze, to się ulepi nowego, większego, z uszami królika albo z wielkim haczykowatym nosem i przetłuszczonymi włosami. Czasem ktoś inny w innym miejscu, ale tym samym czasie lepi takliego samego. A czasem nie ma śniegu zimą, bo mamy ocieplenie. Globalne.
I rozpisałam się wbrew obietnicom ;)
A na marginesie: Ally McBill oglądam i muszę przyznać, że trochę inaczej do niektórych spraw teraz podchodzę, choć dalej trzymam kciuki za Ally. To ciekawe, że mimo że znamy zakończneie filmów, to przecież za każdym razem trzymamy kciuki za bohaterów i jakoś rozczarowani jesteśmy, jeśli im się (znowu) nie uda. No bo za którymś razem już powinni się nauczyć, prawda?
Ally McBill nie oglądam, tylko oglądaMY. Z Połowicem, który jest gorącym wielbicielem serialu ze szczególnym uwzględnieniem Ziółka  :)
Wyspiarzu. Przetrzebiłam cały portal www.nasza-klasa.pl – nic nie znalazłam. Bardzo dawno na naszej klasie nie byłam, to fakt; a jak już wlazłam tam nareszcie, to faktycznie pocztę sprawdziłam, ale ni huhu nie pamiętam, żebym kogokolwiek blokowała. Zdarzyło mi się wprawdzie bodaj wczoraj przeczytać tylko pół maila, który dostałam, i zupełnie, ale to ZUPEŁNIE nie zauważyć drugiej połowy, ale nie zdarza mi się to jeszcze notorycznie. Chyba nie. Ale że mogło się zdarzyć, nie zaprzeczę.
Dziękuję raz jeszcze. Ciepło mi się zrobiło i jakoś tak bardziej swojsko w ten obczyżniany deszcowy piątek (hura, się wyśpię jutro chyba).
Pomyślałam sobie – się pomylił Wyspiarz może. Na naszej-klasie.pl nie znalazłam koticzki. A jednak, kiedy chciałam się zarejestrować na portalu jako ja (znaczy: koticzka), to mi nie dali i powiedzieli, że już jest. Jak jest, jak mnie nie było! I tak, występuję pod własnym imieniem i nazwiskiem jako jedna z zarejestrowanych 86 osób zamieszkałych nie w Irlandii, nie w Duplinie, ale w naszej wiosce. Ogarnęła mnie zazdrość. Jak to. W MOJEJ wiosce?! I w dodatku nikogo z nich nie znam! A człowiek z mojego własnego miasta, który skończył dziennikarstwo (wprawdzie zsynbiozowane z politologią, ale zawsze) i to w moim ukochanym Krakowie, którego chętnie bym na te okoliczności przesłuchała, wrócił do kraju. Zazdrość spuchła była niczym odbrze nadęty balon. Za to on nie ma szans u Połowica :P
Okazuje się, że właściwie nie można sie ze mną skontaktować. Przez blog też nie, bo sie maile odbijają (zobaczymy jutro popołudniu, czy to specyfika nadopiekuńczej Wirtualnej Polski czy wszystkich portali; odświeżanie zmienionych danych następuje najwyraźniej o 7 rano). Zostają tylko komentarze na Forum???? O tempora.
Specyficzny jest internet. Dość duża grupa ludzi czuje się bardzo komfortowo za bezpieczną bramką/bramkami komputerowymi, bez względu na to, czy czują konkretną potrzebę ukrycia tożsamości, wykreowania innej – wirtualnej, czy nie. Taki trend był i przyzywczaiłam się do tego, że ludziom wystarczało mailowanie, komentowanie, dyskutowanie na forach. Ale spotkać się…? Ach, toż to jakiś szok. Poznać naprawdę tego drugiego człwieka, tego z krwi, kości, rękę mu może podać!? ACH! Jakież to…
…Normalne?  ;) Tylkośmy – niektórzy – nieco zapomnieli, co to normalność w tych ciekawych czasach.

Trudno się ze mna dogadać? Ej! A czy ktoś się kiedyś zdołał dogadać z NEUROTYCZNYM KOTEM? :D:D:D Niektóre inne neurotyczne koty również mogą mieć coś na ten temat do powiedzenia.

Zamierzam poprawić notkę i może nie zapomnę przytoczyć maila cytowanego przez Paolo Coelho…. - Wykonane!

Zacznijmy od Coelho. Felieton o miłości ukazął się w czerwcowej „Pani”. Jest wspaniały, podobnie jak pozostałe z tej serii. Uderzył mnei najbardziej ten fragment – sama określam podobnie ten stan:

„W MAILU, KTORY OTRZYMAŁ AUTOR: „Dopóki moje serce należało do mnie, nigdy nie czułem smutku, nie przeżyłem ani jednej bezsennej nocy. Kiedy się zakochałem, moje życie wypełnił smutek, poczucie utraty i chaos.Myślę, że Bóg, tworząc miłość, umieścił piekło wewnątrz Raju.”"

Żeby zakończyć optymisytcznym akcentem: ostrożnie, z bardzo wyraźną pewną taką nieśmiałością przyglądam się biletom lotniczym w stronę Wschodniej Europy. Ale jeszcze nie dziś. Jak dobrze pójdzie, to może w środę. Jak nie pójdzie dobrze, to się zobaczy, co los przyniesie. Bo w dużej mierze to zależy od szefa i od rozwoju wypadków. Moje posunięcia w sferze tzw. kariery też przypominają ruchy Browna. Z lekka ukierunkowane szeroką rurą zwaną bankowością. Jets ciekawie, może być jeszcze ciekawiej, ale życie w ciekawych czasach już zaliczałam pioniersko w PL, czy mogłabym dostać wreszcie próbkę DOBRYCH czasów? Czy to JA pracowałam na ten kryzys? Czy to ja brałam kredyt hipoteczny bez pokrycia w USA? To dlaczego jak była hossa, to ja miałam bessę zamiast passę?  Nie było źle, w końcu żyję, tfutfutfu mamy do pierwszego. Czasem nawet zostaje nadwyżka. Ale plan był inny: passa, hossa, Polska. Ot. A tymczasem wychodzi na to, że powinnam sobie zrobić Matrix I i zaaplikować na szybko domózgowo Javę, SQL, historię bankowości, analizę finansową i zaawansowaną ekonometrię. Basela II już sama przyswoję „recznie”. I wtedy poczuję się w pracy nieco lepiej.
Ale przynajmniej się zrobiło kolorowiej. Zawsze mi sie huor poprawiał pod wpływem lekkiej adrenaliny „niedoczasowej”.

Naszła mnie jeszcze jedna myśl, która rozpływa się pod wpływem senności, podobnie jak poprzednie, kiedy spieszyłam się na obiadokolację: że mam trudności z koncentracją. Ze zmęczenia tracę z oczu „big picture” – wielki obraz, obraz całości i przestaję dostrzegać, co oczywiste. Próby ogarnięcia świadomością wszystkich dziedzin życia kończą sie ostatnio fiaskiem. Zawsze coś przeoczę – Połowica rozterki, spryskiwanie kota, zorganizowanie wizyty u lekarza czy znajomych, to znowuż wakacje. A  zeszłym tygodniu zadowolona z siebie posłałam Mamie SMSy o treści (mocno skróconej): 1) Happy Borthday (czyli mniej więcej 100 lat jubilatce) oraz 2) myślałam, że już sierpień, powtórzę życzenia za miesiąc. WIęc żeby jutro omyłkowo nie włożyć kożuszka zimowego i kapci Szwagra, to ja już lepiej pójdę się przespać. Dobranoc tymczasem.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Zapomniałam…

14 lip

Jakoś mimowolnie, wbrew własnej woli wplątałam się w spotkanie z Rosą. Nie dotarłam do niej do domu; wymusiłam wrednie, by ona przyjechała do centrum, byśmy spotkały się w pół drogi. Dlatego, że obawiałam się cholernych dojazdów, rpzejazdów w niedzielę. Miałam sporo racji, bo w końcu mówimy o transporcie podmiejskim autobusowym w Irlandii w niedzielę. Wyrzutów dostałam dopiero kiedy Rosa zasmsowała mi, że mocno boli ją brzuch; choć szczęśliwie przeszło jeszcze zanim wyszła z domu, wyrzuty mam do teraz. Do domu zdażyłam dotrzeć przed Połowicem na szczęście – klucza nie miał, a upał na polu golfowym bardzo mu dziś nie posłużył. Oszczędzę sobie komentarzy na temat zdrowego rozsądku u irlandzkiego samca…
Zajrzałyśmy z Rosą do sklepu o wdzięcznej nazwie Arnotts, świątyni konsumpcjonizmu, braku smaku i zawyżonych cen. Ponarzekałyśmy na ceny porównując z Belfastem, z Ikeą i naszymi krajami.
Rosa uśmiechnęła się pogodnie i oświadczyła: „Bardzo drogie. Możemy pomarzyć.”
Zdębiałam.

Bo zapomniałam, że mogę.
Mogę POMARZYĆ.

Jak Babcię Weatherwax kocham: ZAPOMNIAŁAM.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Od zera?

13 lip

Oczywiście niegdy tak od całkowitego zera-zera.
Pierwszy raz, kiedy przeprowadziliśmy się z Bytomia. To nie było aż tak trudne dla 8-letniego dziecka, które własciwie miało jedną przyjaciółkę. Po latach to jej udało sie odnaleźć mnie – na (kryptoreklama) „Naszej Klasie”.
Potem po podstawówce – do liceum. Wcale nie od zera, bo z psiapsiółką z podwórka.
Potem jednak zrobił się większy przełom – na studia. Wcale nie od zera, bo z psiasiółką z klasy.
Potem jednak zrobił się jeszcze większy przełom, bo jakoś tak poza okresem liceum, gdzie było nas cztery – nie uwłaczając nikomu, mialam na ogół jedną bliską psiapsiółkę. No i podczas studiów się porypało i się licznik psiapsiółek wyzerował na kilka lat. Potem nagle się zrobiła fontanna psiapsiółek, kiedy poszłam do pracy – po bodaj roku czy dwóch. Po drodze wróciła psiapsiółka z podwórka i w ogóle było ach-ach.
Potem sama idiotka sobie wyzerowałam licznik jak jakiś debil, choć własciwie też nie do końca - bo jakieś kontakty stale się utrzymywało – chwała Merlinowi, były to psiapsiółki lokalne z pracy. No ale w końcu miłość ma famę ślepej i GUPIEJ.
Potem znów się porypało – i wtedy jak się zapsiapsiółkowało. Nagle znalazłam się w psiapsiółkowym raju. Ile ja tym kobietom zawdzięczam, to trudno wyrazić. Śmiem wątpić, czy bez nich udałoby mi się przetrwać.

No i teraz poprzysięgłam sobie, że nie dam wyzerować licznika.

Równie dobrze można przysięgać sobie, że czlowiek nie zmoknie stojąc w deszczu.

I jak to w koncu jest – że zakochujemy się w kims – to w całości? Czy w określonych cechach? Twierdzę, że w cechach, i pod koniec dnia można się tylko modlić do wszelkich znanych bóstw, by takie zakochanie nie umarło smiercią naturalną i żeby te określone, unikalne wybrane cechy w tym określonym ukochanym zestawie się nie zechcialy zmienić w naturalnym procesie zmian charakteru, dojrzewania emocjonalnego, tej mutacji, której ulegamy pod wpływem szkodliwych czynników zewznętrznych i wewnętrznych – życia.
Bo jeśli ich zabraknie, to co z tą miłością? Pozostanie przywiązanie? Miłośc zmutuje? O ile zmutuje. A jeśli nie zmutuje, co zostaje – przyjaźń? Czym jest przyjaźń? A w przyjaźni, co zostaje?… Czym jest przyjaźń, jeśli nie specyficzną odmianą miłości bez cielesnego pożądania? Jeśli tej jednej cechy zabraknie – co dalej? Odrzucić. odejść, szukać dalej? Jakie to niesprawiedliwe, że się przysięga na dobre i na złe. I to na zawsze. Przecież to największy absurd świata w świetle wszystkich aspektów ludzkiej natury.
Ja nie piszę o Połowicu. Piszę o sobie – zastanawiam się, jak bardzo JA się zmieniłam. I ile mnie samej we mnie umarło. Nie, samo to jest zwykłym nastrojem, kiedy raz na jakiś czas człowiek się obejrzy przez ramię (byle nie osłupieć jak bezimienna żona Lota), co jakiś czas każdego to chyba nachodzi. Tylko jedno mnie dręczy. Ile odeszło tych cech, w których zakochali się moi przyjaciele.

I ile moich własnych cech, w których zakochałam się ja sama.

 
Komentarze (14)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Izolacja intelektualna

13 lip

Pogubiłam się już totalnie. Ja wiem. Nie ma podręcznika do życia. Nie ma instrukcji do małżeństwa. Ale są jakieś – nie wiem nawet jak to określić – średnie, przeciętne, pospolite, powszechne sytuacje, zachowania, wzorce? Jest coś takiego jak wymiana doświadczeń, mądrości ludowe i mądre przyjaciółki z większym bagażem doświadczeń. Jeśli nie roztwór tego w zdrowym rozsądku, to cóż innego może skorygować naiwne wyobrażenia o idealnym partnerstwie?
Że o zwykłym wygadaniu się nie wspomnę? Bo ile takich opowieści może znieść psychicznie jedna osoba i tak przeciążona i będąca w chwili obecnej nie tylko poza konkurencją, ale nieco skołowana wątpliwościami z racji zdecydowanej większości żeńskiej populacji W kategorii, które na domiar złego w zaparte idąc pod niebiosa będą wysławiać życie małżeńskie.
Alleluja. Życie singla jest be. Ha! Mnie się podobało. Serio, chyba najlepszy okres w moim dotychczasowym życiu – świadome niezależne singlostwo. Mrrr. Może stąd teraz te problemy z porozumieniem się, bo to nie kwestie różnic językowych.
Że się spory i nieporozumienia zdarzają to ja też wiem, ale są szczególne sytuacje, które dobrze czasem sobie przedyskutować z tą, a nie inną koleżanką, czasem dwiema czy wieloma ;) Wymienić poglądy, rozszerzyć horyzonty, spojrzeć z dystansu. Ale – wybacz Psiapsiółko, bo bardzo cenię sobie Twoje uwagi i rady - ale z pozycji kogoś, kto taki czy podobny temat zaliczył już w życiu. Kogoś, kto wie, jakie są/mogą być konsekwecje. Bo małżeństwo jest organizmem żywym i ciężko na takim się eksperymentuje.

Akurat dziś wpadła mi w ręce „Pani” z artykułem Paola Coelho o miłości.
Cycat będzie, jak położe łapę na gazecie…

Ze spraw bieżących:
1) Zaczęło się robić ciemno wcześniej. Jeszcze nie ma dziesiątej, a światło trzeba zapalać.
2) Kroniki Spiderwick są świetną adaptacją książki. Pełno efektów specjalnych, naprawdę udanych, ale nie przeładowane – wszystkie efekty są uzasadnione. Z wad – zbyt mocno trąci horrorem, ale po Harry’ym Potterze… Niestety fabuła bardzo ostro ścięta. Fantastyczne stowrzenia dopracowane, a oprawa graficzna i ilustracje w pojawiającej się ksiażce – cudne. Ale kto może, niech książkę najpierw przeczyta. To była chyba pierwsza książka tutaj, jaką nabyłam i przeczytałam :) Darzę sentymentem. Bajka jest troszkę inna; świat fantastycznych stworzeń nie jest taki cacany i pociągający jak w innych bajeczkach, poza tym sposób przedstawienia jest brdzo wiarygodny i spójny (tym razem chyba mam na myśli bardziej książkę niż film).
3) Bez mojego asystowania Połowic spaprałby nawet zwykły popcorn.
4) Mam znów blokadę przed pisaniem Innych Rzeczy.

A teraz pozwolę sobie mieć dalej mojego doła i próbować wmówić sobie, że nie warto się nadmiernie przejmować tym, co się dzieje z organizmem Połowica, że irlandzki młody i, nie wiem, czy doświadczony lekarz diagnozuje trafnie, że dolegliwości miną szybko i że to nie nawrót, że da się je wyleczyć czymś niewinnym i nieinwazyjnym i za dwoma tylko wizytami u lekarza specjalisty, że jego postępowanie wobec mnie nie jest przejawem głęboko zakorzenionego męskiego szowinizmu ani jakichś nieprzyjemnych zmian fizycznych w organie odpowiedzialnym za funkcje myślowe, że kryzysik minie i wróci rodzinna harmonia, że tak naprawdę nie jestem na ostatnim miejscu w priorytetach, że moje ja jeszcze istnieje gdzieś głęboko na dnie tego emocjonalnego śmietnika. I że przez to wszystko nie stracę reszty mojego życia, tego sensu opisanego dwie notki wcześniej, bo nie tylko z Połowica sie on składa – a przecież i z niego również i to w znaczącej mierze… o ile już tego życia i sensu nie straciłam pod pajęczynami zapomnienia. Nie wiem. Z tak dużej odległości nie bardzo widać.
Ale przyznaję, że ostatnio tak sie czuję i z tym mi najtrudniej sobie poradzić.
A czuję sie chwilowo jak śmierdząca i wytarta sofa, zwłaszcza że znów się nażarłam makaronu i idzie mi w biodra i brzuch. I kurde, już o nic nie chodzi, ale jak przytyję jeszcze bardziej, to będę musiała znów na ciuchy forsę rozkurzyć, kiedy cały świat zaciska pasa w związku z kryzysem, a mój mamonomierz piszczy już na kontrolce, kiedy do wypłaty dwa długie tygodnie. Najwyraźniej żyjemy nad stan. Można by spróbować nie jeść obiadów – obcięcie funduszu na ciasteczka nie wchodzi w grę. A przecież ja nie zarabiam znów tak mało, no na rany.

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Plan życia

07 lip

Było o sensie życia, to teraz o planie życia. Mogę już patrzeć na klawiaturę, tylko ostrożnie.
Nie tak dawno czytałam felieton czy może artykuł – jaka jest różnica…? – kobiety, która założyła się z córką, że wytrzyma 24 godziny bez internetu. No cóż, nie widzę takiego problemu. Do 24 godzin wytrzymam ;) Kobieta musiała coś napisać do swojej gazety (wydawanej również w formie elektronicznej, gdzie ww. artykuł/felieton przeczytałam). Wyciągnęła do tego pióro. I doszła do wniosku, że nie wie, co napisać. Bo pisanie piórem wymaga planu i zastanowienia, ajej taktyka polegała na pisaniu dużo byle czego, póki się z tego nie wyłoni coś konkretnego. Ja mam taką taktykę, że jak dostaję słowotoku, to piszę i już, ale niekoniecznie muszę to zawsze publikować i musiałabym być zdesperowana, żeby ten bełkot publikować poza moim prywatnym osobistym blogiem. Blog, to „Mój drogi pamiętniczku”, gdzie wylewam większość śmietnika mojego mózgu. Liczę na to, że wyłoni sie z tego coś sensownego.
Różnica polega na tym, że ja mam szacunek dla pióra. I że w większości przypadków – wbrew pozorom – moja kartka pozostaje pusta niezależnie od tego, czy jest materialna, czy wirtualna.
Po jakimś czasie zaprzestałam techniki uporczywego wpatrywania się w biel. Tak to można pisać prace magisterskie czy doktoranckie – bo do tego jest jakieś podłoże i to w miarę uporządkowane. Trzeba tylko rzucić ziarenko. Gorzej jak sie tworzy ze wszystkiego, co się wie – ze wszystkiego czyli z niczego. Więc póki nie mam ziarenka, nie widzę sensu wpatrywania się w mieszaninę WSZYSTKICH barw czyli biel. Ziarenka. Na rany! Pomysłu, zarysu planu. Mam na ogół dwa punkty i mętne pojęcie o punktach pośrednich. Staram się je połączyć linią – a jest ona niczym kardiogram w karetce na brukowanej drodze w przebudowie. Kocham dygresje.
No i dziś zgrabnie i prosto dobrnęłam do pointy: że w życiu mię to nie zadziałało.
Pointa poprzedza drugą część wywodu z punktami w postaci przyjaciół Polaków. Zresztą i tak irlandzkich przyjaciół nie mam. My emigranty wpadamy w depresje łatwo i chętnie. Myślę, że moją też łatwo można zaklasyfikować. Spadek poczucia wartości, poczucie pustki, braku ciągłości i spójności? Banalnie proste. Nie dość, że za granicą zaczynamy wszytsko od początku – konstruowanie własnego nowego świata od podstaw, pozbawieni spójnego tła socjologicznego, kulturowego, usiłując kontynuować tradycje znane z przeszłości z naszego starego świata, to jeszcze musimy udowodnić całemu nowemu światu, że COŚ jesteśmy warci. Tylko że dla Zachodu jesteśmy warci mniej niż w naszym własnym kraju. Dodatkowo zostawiamy cały świat – wbrew logice i naszej wiedzy, naszemu rozumowi, ten świat pozostaje tam zamrożony w czasie. Nikt z nas nie oczekuje, że taki pozostanie, prawada? A jednak dznajemy szoku, że się zmienia, że pustka, jaką rzekomo zostawiliśmy, nagle została zassana, zniknęła, nigdy nie istniała, że ten świat rozwija się i – o zgrozo – istnieje i funkcjonuje zgrabnie bez nas. Może nawet zgrabniej bez nas, bo przecież nam wcale nie idzie płynnie i jak z płatka, więc pewnie z nami ten świat zmierzałby prosto ku jakiejś katastrofie! Nie, nikt z nas tak nie myśli. Ależ skąd.
 
Właśnie się dowiedziałam, że siostry NIC nie wiedzą o życiu swojego drogiego brata, że goście nie przyszli, bo nie lubią sióstr, które ich zaprosiły w moim imieniu poniekąd, a oni nawet nie wiedzieli, że w moim imieniu, oraz że zaprosiłam niewłaściwych gości, podążając za sugestią sióstr. Nie, Połowic mi nie robił wyrzutów. Dostarczył poszlak i dowodów na powyższe wnioski oraz potwierdził je, kiedy wreszcie udało mi się jej sformułować.

Jestem skończonym debilem. Popełniłam największy błąd ostatnich 40 lat.

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Sens życia

07 lip

To naprawdę ciekawe, że sens życia wcale nie musi się wiązać z partnerem życiowym, nie od niego zależeć, nie partner go nadaje. Tym bardziej dziwna jest dla mnie desperacja singli w znalezieniu takowego. Partnera. Nie sensu.
Sens łatwiej się traci niż zauważa. Ale nawet, jeśli się rzekomo straciło, to nie znaczy, że go nie ma. Dopiero utrata tego, co sens nadaje stawia przed nami okrutną, odartą ze złudzeń rzeczywistość. A potem się żyje z przyzwyczajenia? Dla partnera? Nadając życiu samemu sobie sens jako przetrwaniu wbrew bezsensowności, tak jak jakaś siła wewnętrzna każe ludziom ginąć w przegranych z góry walkach, jak każe walczyć z żywiołami nie poddając się, choć nie ma nadziei – wbrew nadziei?… Upór? Nawet wtedy, kiedy wszystko umarło?
Inna rzecz, że bez Połowica też wszystko traciło sens. Odkąd się pojawił, zrósł się z tym sensem na stałe, cholibka, jak jakiś nie wiem, chwast, polip, symbioza jakaś taka lekko pasożytnicza… Biedny Połowic. On naprawdę jest dobrym człowiekiem. Na pewno nie takie miał zamiary :) Nie?
A jeśli taki sens życia zależy od szeregu czynników, to zależy od nich szeregowo. Jeden wysiada – światełka nie świecą.

W piątek dopadło mnie w związku z tą durną pożyczką, że nie ma szansy, że cokolwiek zrobię, nic z tego nie będzie, żadnych owoców, że zawiodłam na całej linii. Usiłuję niemyśleć o tym, jak z dnia na dzień moje szanse maleją w tempie funkcji wykladniczej… chyba… cóż to było za wyrażenie? logarytmicznej? Pamięć mnie zawodzi. Zapomniałam jak to jest mieć ciągle żywą nadzieję na lepsze jutro, nie na jako-taką krótką emeryturę.

Wierzę w feng shui. Sprawdzało mi się od lat. Tutaj mam śmierć w sferze drogi życiowej i kłopoty w sferze kariery, straty w sferze przyjaciół i niepowodzenia w sferze dzieci/podjętych przedsięwzięć. W pracy jest ciut inaczej – śmierć mam w sferze finansów, kłopoty w sferze przyjaciół. Straty w sferze dzieci/podjętych przedsięwzięć. Jak się nie obrócić, tak nie wiadomo jak stanąć.
Śmiać się czy nie… jakoś tak… za moich czasów mówiło się „łyso”…
Może by drzwi spróbować wybić od zachodu zamiast od północy?…

Połowic poszedł na zakupy, ja połaziłam po parterze (jak ja nie lubie poziomów więcej niż jeden, schody w takim stanie to makabra i tortura) i teraz mi gorzej. A Połowic poczuł się zwolniony z obowiązku dbania o własne zdrowie w związku z awarią mojego, biegał jak kot z pęcherzem, jakbyśmy kota nie mieli, i dostał kręciołka sam. Świetnie, nawet mu nie mogę dokopać porządnie :( co za niefart.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS