RSS
 

Archiwum - Czerwiec, 2008

Niespodzianka – owszem, ale przyjecie?…

30 cze

Trochę żałuję, że to popełniłam. Ale kiedy się zaprasza ludzi i oni nie przychodzą, choć potwierdzili, to już mniejsza o organizatorów, choć im cholernie głupio i wstydi przykro, ale jak ma się czuć główny winny przyjęcia? Zwłaszcza, jak się go uprzejmie poinformuje, ile osób ma przyjść, które w efekcie końcowym nie zjawiają się bez wyjaśnienia? Szwagierce B już dziękujemy.
Także za wdzięczne uwagi i zrobienie mnie lekko w konia w kwestii ciotuń, które się w 100% nie zjawiły.
Reszta wypadła świetnie – obie siostry z mężami i dziećmi bawiły się wspaniale, razem z Połowicem, którey też się całkiem fajnie bawił – i tylko raz się przyznał, jak bardzo był rozczarowany i jak bardzo mu przykro, że nie przyszli. Jeden kolega został nawet do samego końca, także nasza droga Siostra-Wiedźma, która dzielnie się zjawiła, choć miała na rano następnego dnia. I jeszcze drugi kolega, który wpadł na godzinkę, podarował kartkę i poszedł. Nie, żeby potwierdził, że  razem z żoną będą, hę? Żonie też dziękujemy.
Taka wielka impreza i ważna w życiu Irlandczyków – juble się obchodzi! Ciotunie dały karteczki i wkładkę – chyba na lody, niech będzie, że nawet Hagen-Daas na 2 osoby, ale ze sklepu, nie w kafejce. Gdyby to o mnie chodziło, to wolałabym dostać wazon w różowe kwiatki, przynajmniej wiedziałabym, że ktoś się W OGÓLE starał. Połowic chyba też…
Co mnie to boli? Nie wyrzucone pieniądze, przeżyjemy, chociaż zgrzyta mi ta suma po koncie lekko, można było coś fajnego za to zrobić. Zwłaszcza że BEZ rodzinki. Boli mnie Połowic, który z jednej strony się bardzo ucieszył, ale z drugiej został upokorzony i zraniony, bo inni członkowie rodzinki są traktowani dużo lepiej.

Bo dzielenie problemów w związku to nie dzielenie na pół. To podarowanie tego problemu w postaci całego balastu emocjonalnego wprost proporcjonalnie do uczucia, jakim te osobe darzymy i odwrotnie proporcjonalnym do twardosci delikwenta.
Dzielenie problemow w ziwazku to nie dzielenie matematyczne.
To ich dodawanie i mnozenie.
Na jakimś filmie pewna barzo ładna i elegancka i szczęśliwa w związku (sic!) kobieta to stwierdziła: „Tylko że o tym nikt Ci nie mówi”

Rano ide do pracy. Z pewną masochistyczną radością. Masochistyczną, bo do pracy się cieszyć iść to swoisty paradoks ;) Wiem, bywało, że i ja lubiłam pracę, ale to było inne wcielenie, inne czasy, inni szefowie, inny wymiar. Z radością, bo w centrum mneij kicham, więc odpocznę po kolejnej alergicznej niedzieli. Jak wyprowadzimy Połowica na prostą zdrowotną, to się zastanowię, czy jest sens dać się kłuć (nienawidzę zastrzyków!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!) :(:(:( Moze do tego czasu po pierwsze doczekam mimochodem zimy, może się uda przeprowadzić w zdrowszy klimat, kto to wie – a może po prostu napotkam zaporowe ceny?… Może samo przejdzie?

Jak jeszcze raz ułyszę o przyjęciu niespodziance, to najpierw strzelę w mordę, potem nawet nie będę zadawać pytań.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Dlaczego nie należy robić niespodziankowych przyjęć urodzinowych

27 cze

Obraziłam szwagierke. Super.
Żeby chociaż specjalnie.

Połowic zadzownił i poinformował mnie, że nabyła dla nas kupon na obiad w polskiej restauracji w ramach jego prezentu urodzinowego. Już się rozpędziłam i dostałam ślinotoku… (to było sarkastyczne) ale niech tam, ponoć dobrze karmią. Niemniej pomarudziłam i powiedziałam Połowicowi, że przecież my nie jadamy na zewnatrz (to dosłowne sformułowanie; po polsku mówi się, że nie chadzamy do restauracji albo coś w tym guście, o ile dobrze pamiętam) ;) Było to rzucone spontanicznie, w dodatkowym kontekście rozmowy o śniadaniu Połowica i jego bólach brzucha - wczoraj go bolał po kanapce z polskiego chleba z szynką sklepową z grupy tak zwanej „środkowej półki”, a dziś po grilowanych kiełbaskach irlandzkich z jajkiem smażonym i polskim chlebem (to wek raczej, nie chleb…), którymi to kiełbaskami Połowic się znów zaczął radośnie raczyć z okazji nieznacznego polepszenia wynikow badań krwi. Kiełbaski irlandzkie śmierdza.. czymś bardzi nieokreślonym. To sam rdzeń smrodu podrobowo-wędliniarskich. Tego się nei da opisać, ale kto raz powąchał, ten do końca życia będzie się dusił na wspomnienie. Wietrzy się to parę dni – przynajmneij jak dla mojego nosa. To ja wolę, jak śmierdzi kotem. Też śmierdzi, przy okazji
Siostra bezmyślna troszku – zgoda, ja bym jej równie dobrze mogła zamówić stolik w irlandzkim pubie w PL, ale niech będzie.
A ona siedziała obok Połowica i slyszala, co ja mówię do niego przez telefon, bo ja z nim telefoniczną konwersację prowadziłam… Muszę się z tego dziś wieczorem wykręcać i nie wiem do końca jak.
Dziś wieczorem, bowiem zamiast odpoczywac po tym durnym i kłopotliwym tygodniu udejemy się na przyjęcie z okazji urodzin siostrzeńców Połowica. Siostry maja być.
A to wszystko po tym, jak zamówiłam polski torcik z owocami i gararetka i napisem „40 is nothing! Sto lat, Robbie!”
Zamierzam też wydrukować zdjęcia okolicznościowe – przekrój życia Połowica – przed odbiorem tortu – w centrum. Tralalala, hopaj siupaj, oczywiście mam za dużo czasu wolnego, nie? Książkę przynajmniej poczytam w busie. Wyśpie sie w poniedziałek w pracy chyba, bo jak znam życie w niedzielę rano Szwagier albo kot – albo razem – zrobią pobudkę
Pójdę się powiesić albo zaszczelę z gumki biurowej, bo na zamknięcie się w sypialni z butelką uyskacza nie mam szansy
Może po prostu powtórzę lekko ściemniając (jak ja lubię to słowo), że z Połowicem nie pójdę do restauracji, dopóki nie zacznie normalnego żarcia jeść, odpowiedniego dla jego żołądka. I żeby nie było wątpliwości, póki nie żarł tego irlandzkiego… odpadu, to jakoś nie miał problemów z żadnym z siedmiu żołądków! A poza tym jak się jeszcze chorobowo rozłoży na jutro, to naprawdę nie wiem, co zrobię. Znaczy wiem – odwołam imprezę, a potem pójde do rzeczonego lokalu upić się sama w swoim towarzystwie. Hurra.

A w ogóle poroniony pomysł, że by obchodzić 40-chę. Już prędzej zrozumiem tradycyjną okrągłą trzydziestą pierwszą rocznicę. Niektóre ciotki już deklarowały, że raczej nie przyjdą, dwie kuzynki się wykręciły sianem (niechże się tymże wypchają), w kartkach Połowic dostał w ramach prezentu po 20 euro (toż jakby 20 PLN dostał w Polszcze…) od każdej z trzech. Dwoje naszych znajomych musiało pilnie wyjechać (ze swoimi innymi znajomymi zresztą…), a z najważniejszych osób (naszych polskich przyjaciół i rodziny w liczbie łącznej około 20-tu, więcej, kurde niż zaproszonych gości) będzie jedna, słownie jedna osoba. Znajomi z pracy najpierw mieli przyjść, potem usłyszałam, że jeden (plus żona) zamierza pracować w sobotę – i nie wiem, czy to robienie Połowica w konia czy mnie w koniczynkę. Koleżanka – świetna dziewczyna, aż jestem o nią troszke zazdrosna, ale ona tak sympatyczna,. że może by i Połowicowi z nią radośniej było… koleżanka, nie wiem, czy została poinformowana, a adres dostałam późno, posłałam list jeszcze później – i jeszcze nie wiem, może się obrazi i oleje sprawę… A czy ja się znam na pisaniu irlandzkich listów?! Jak siostry w ogóle przyjdą, to i tak się zmyją szybko, bo dzieci w pubie po 21:00 czasu lokalnego przebywac nie mogą, a jak na złość nie ma bejbisiterki. I będzie dupa, a nie przyjęcie. Było odpuścić, to się uparłam. I teraz bedzie dopiero przykro.

A na koniec dnia pracy zrobiłam sobie piercing języka kłem podczas przeżuwania gumy o smaku truskawkowym. Auć.

Pieprzę to dzisiaj, przecież i tak od trzech dni praktycznie symuluję pracę i siwieję (bez farby, więc widać), bo widzę, jak tracę orientację w tym, co się dzieje w otoczeniu. Symuluję, bo mogę się starać, ile chcę – nic z tego nie wychodzi.
W poniedziałek nie będzie lepiej, bo Niemce nasze pany uber Alles zjeżdżają. mam ochotę udać się na chorobowe w okolice Nowej Zelandii. Gdybyż tylko nie te 30 godzin lotu.
W Polszcze by się zrobiło zlot w knajpie, wychyliło parę pajnt i poszło do domu. Ewentualnie można by zrobić przyjęcie domowe na moim ukochanym dywanie z daniem głównym w postaci pop-cornu i chipsów chili i ostra papryczka, które przychodziły tradycyjnie moją Drogą Koleżanką. A na deser zrobiłoby się grzanki z resztek żółtego sera starannie i długo zbieranego i suszonego w lodówce specjalnie na takie okazje ;) Inna opcja to obwieszczenie innej koleżance, że do niej przychodzimy (nieaktualne, przeprowadziła się 30 km od miasta)… (chyba że z noclegiem!) :D (bo co to za impreza, jak wszyscy kierowcy?) Kiedyś była tylko jedna kierownica i odwoziła wszytskich PO, a wcześniej nawet tej jednej nie było, a jakie imprezy były! Ja nie wiem, jak człowiek zostaje kierowcą (albo człowieczka kierownicą), to nabywa automatycznie jakiejś niezrozumiałej nietolerancji na alkohol, naprawdę.

Wspominałam, że prezentu dla Połowica NADAL NIE MAM? A już usłyszałam gorzkie żale, że jedna siostra to miała wielkie przyjęcie, a druga dostała wczasy do jakiegoś Honolulu czy innej Hiszpanii. A taka Słowacja się nie liczy jako zagranica? Polska pewnie też nie, co? Za to Hiszpania z językiem narodowym angielskim o irlandzkim akcencie, zwłaszcza w taki Lanzarotte, gdiz epewnie nawet można dostać te zasmierdziałe kiełbaski, to szczyt luksusu! Ja wiem, co mu sie tam podoba – sam się przyznał kiedyś! Tam jest jedna ulica i goni w piętkę i nie mozna się zgubić. Nie tak jak w PL, że dwa dni można się tłuc pociągiem i nic, dalej nie widać, gdzie człowiek jest. Taki okrąg jest i domki wzdłuż. Wokół. Taki pączek. Takie dupne rondo. A 100 metrów dalej plaża nudystów. I gejów. Znacyz chyba są rozłączne, nie wiem, nikt nie opowiada w szczegółach. Kto zna Połowica, ten wie, że on się nawet w pobliżu nie zechce pokazać, bo jeszcze sobie ktoś pomyśli. No tak, jak miałabym tam spotkać sąsiadów zza ściany, którzy namiętnie żyją wieściami lokalnymi dzielnicy/ulicy (li tylko tym i kiełbaskami, których woń roztaczają w weekendowe poranki ((po)południa…), wykurzając mnei skutecznie z łóżka), to sama bym się zastanawiała, gdzie łażę.

Dobra, idę robić za bejbisitera – ma być cała klasa siostrzeńców. Chwała Merlinowi to bliźniaki i żaden nie został. Muszę stawić czoło siostrom, jakem Koticzka. W końcu tu Uojczyznę reprezentuję, nie?

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Wspomnienia

27 cze

Wybierałam zdjęcia Połowica – może się uda jakieś wyeksponować na imprezie, będzie o czym gadać – i rozsentymentalniłam sie na amen. Po pierwsze nie pamiętam nawet połowy ze ślubu kościelnego. Po drugie mam profil Dustina Hoffmana, ale na trzech zdjęciach wyglądam nawet ładnie. Może nawet na sześciu. Z około 300.

I znowy bym się tak hajtnęla. Fajnie było :D Teraz bardziej przytomnie i zabawowo :D

Jutro prosimy trzymac kciuki, coby się z ciastem udało, bo w ostatniej chwili zdecydowałam, ze moeż ejdnak jeszcze polski tort. Oczywiście. Dobranoc.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Urodzinowy prezent

26 cze

Poszłam szukać prezentu dla Połowica, ale padało, więc sprawdziłam, że nie mieli dla mnie czarnych wąskich zwykłych spódnic, za to w sąsiednim sklepie mieli dwie pary b. atrakcyjnych butów. W tym jedne sandały.


http://www.met.ie/
Jakby ktoś miał złudzenia.

HELP!!!! Co ja mam mu sprezentowac? Sex już zaliczyliśmy w wielkim mieście ;)

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Ucieczka z kina Wolność

24 cze

Każdy, na kim nam zależy, może nas zranić. Sami stwarzamy im taką możliwość. Im mocniej zależy, tym łatwiej i głębiej może zranić. Proste i oczywiste. Ale jak to się dzieje, że sami wybieramy taką ścieżkę? Że sami wkładamy broń i to ostrą w rękę innych i potem jeszcze się wiążemy z nimi na całe życie. Oczywiście nikt nie zakłada, że nasz/-a wybraniec/-ka od razu będzie tym mieczem czy grabiami machać. Ale to nie zmienia faktu, że może się zamachnąć. Czasem nawet więcej niż raz naraz i to mocno.
Jest takie pojęcie: współuzależnienie. Odnosi się na ogół do osób żyjących z osobami uzależnionymi – alkoholikami, narkomanami itp. Nie sprawdzalam tego nigdzie, ale oddam sie za to, że jest współuzależnienie od cudzych humorów (złych złaszcza), od smutku i zmęczenia, złego samopoczucia psychicznego i fizycznego.
wcześeij miałam opory przed wracaniem do domu rodziców, potem – prze krótki czas nie chciałam wracać do pustego mieszkania, potem zakochałam się w życiu singla, a potem zakochałam się w Połowicu i znów się zaczęło. Nie, że nie chcę wracać do Połowica. Nie chcę wracać do tego domu, którego nie lubię tak bardzo.
Ale chciałabym mieć nadzieję i wiarę, że będzie znów takie miejsce, do którego będę pędzić i tęsknić, mój azyl, moja enklawa spokoju i wytchnienia, pełna pozytywnej energii.
Teraz widze tylko piętrzące się tsunami sunące z bezwzględną konsekwencją w stronę nabrzeża. A tu nawet latarni nie ma.
Przejdzie znów, przeszłoby szybciej z jakąś biała chmurką i słoneczkiem niż z z czarnymi ołowianymi chmurami, wietrzyskiem, wdzierającą się wszędzie obrzydliwą lepką wilgocią i dziewięcioma stopniami Celsjusza. Ot co.

No i oczywiście rozmawiałam przez telefon z okazji Dnia Ojca, to teraz mi gorzej na chwilę, nie? ;P Takie odreagowanie. Jak zawsze.

Ale tsunami sunie bez względu na pogodę.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Chicken Florentine

20 cze

Czyli kurczak po florentyńsku (chyba).
Kurczak podsmażony lub podgotowany z przyprawami według uznania (sól, pieprz, oregano, bazylia, majeranek, tymianek świeży – w wersji z dziesiejszego wieczoru), może być na cebulce, do tego szpinak (mieliśmy mrożony, świeży trochę smaczniejszy), serek Mozarella starty (zmieszałam z jakimś ruskim Hermesem, podobny do naszej Goudy pocziciwej, mojej ukochanej i wytęsknionej, bo ta irlandzko-holendersko-niemiecko-europejska to jakaś niefajna jest) – niekoniecnzie mylić ze starym, ale jak kto ma, to też można – bo to się wszystko tnie na kawałeczki małe (chyba że już pocięte lub starte), miesza z ugotowanym makaronem, razem z sosami i sokami, byle nie za dużo (szpinak odcedziłam porządnie), najlepiej przestudzonym i wsadza w jakimś naczyniu do piekarnika i zapieka przez parę minut – około 10 starczy. Może być z ryżem też, jak kto lubi. Czasami podają, że wartstwami się układa, czasami dodają jakiś sos (myślę, że beszamelowy się może sprawdzić).
A pochodzi to z jednej takie historyjki zwanej fanfiction story na tematy Harro-potterowe… Ale przepisu nie było, sama sobie musiłam szukać.

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Harpie z Nowego Jorku

15 cze

OK, nie bylam milosniczka serialu. Jeste wierna Ally McBeal.
Ale czasem oglądałam jeden odcinek czy dwa, nawet zamierzałam stać sie stała oglądaczką, ale się skończył.
Sex and the City.
Popełniłam wyjście do kina.

To, co zobaczyłam zakłopotało mnie. Podziwiałam kobiety, które nie poddały sie modzie botoxu i pozostały naturalne. Z drugiej strony poraziło mnie, jak przedstawione zostały kobiety 40-letnie. Ubrane żenująco, wyzywająco, w stylu niedostosowanym do wieku, bez smaku. Makijaż ociekał na ogół ostrymi barwami ze skóry poznaczonej pierwszymi zmarszczkami. O ile zmarszczki, jak wspomniałam wyżej, mnie nie odrzucały, są rzeczą naturalna i bardziej odrzuca mnie botoxowa maska.
Chyba jeszcze bardziej odrzuca mnie skrajny konsumpcjonizm, objawiający się jako czynnik poprawiający humor w sytuacjach dośc skrajnych (rozstanie z partnerem), prymitywne podejście do życia postrzeganego poprzez pryzmat ucapienia partnera i ciupciania ile tylko się da. Ten film nawet nie mówił zbyt wiele o przyjaźni, nie było na dobrą sprawę żadnych prób, jakim znajomość owych czterech pań była poddawana. Były właśnie ciuchy i faceci.
Najmądrzejszym wyjątkiem był związek pracującej pani prawniczki, która zdecydowała się zmienić styl życia, by założyć rodzinę z facetem stanowiącym, jak mi się zdawłąo, jej przeciwieństwo. Po czym oddała się z powrotem karierze, zaniedbując relacje z mężem.
Panie były dość bezkompromisowe w związkach. One dyktują warunki i one ignorują potrzeby partnerów, przedkładając własne ponad związek. Nadal nie rozumiem fabuły, może powstrzymam się od uprzedzania faktów, ale nie rozumeim pobudek KOBIET właśnie, nie rozumiem, dlaczego przyjaciółki, zamiast wspierać swoją koleżankę myśląc o jej dobru, wspierają jej rozhisteryzowane uczucia, niedojrzałe podejście i nieracjonalne postępowanie. Nie rozumiem, jak na czymś takim można zbudować jakikolwiek związek, nie mówiąc o harmonijnym. Mogę zrozumieć, że mężczyzna nie radzi sobie z załagodzeniem konfliktu i że ma problem z wyrażeniem uczuć w taki sposób, by przemówiły do kobiecej psychiki. Zwłaszcza jeśli jest to psychika kobiety, która zdaje się być psychicznie niestabilna. Dużo bardziej normalna jest asystentka, kobieta z wielodzietnej rodziny, która wie, że musi zapracować na własne życie, na pozycję, na wszystko. Reszta filmu to gruba warstwa makijażu przerysowana kosmetykami marki Dior. I całe stosy szmat i butów i to w nienajlepszym guście, choć od projektantów z najwyższej półki.
Połowic dzielnie przetrzymał film, tylko raz zapytał, czy to się kiedykolwiek skończy, pośmiał się w zupełnie innym momencie niż bohaterki (i chyba miał rację). Po filmie łażę już drugi dzień strapiona – bo znalazłam mnóstwo siebie w tych harpiach. Całe pokłady błędów i objawów braku dojrzałości emocjonalnej. Sczęśliwie nie tak bogate jak w filmie, ale są.
Nie było w tym filmie lekkości Bridget Jones, nie było tego humoru, nie było krzty wdzięku, brakowało inteligencji choćby takiej jej namiastki jak w Ally McBeal. Może nie kompletna strata czasu, bo się rozerwałam trochę, bo coś sie we mnie poruszyło jako w partnerce życioewj Połowica. Jest to dramat, bo jak do tego, co reprezentuje sobą ten film, zmierza świat, to wygieniemy jak te mamuty. I może nawet lepiej, że wyginiemy.

Może niech one sobie wstrzykną ten botox, bo czterdziestolatka imitująca Madonnę z okresu „Like a Virgin” wygląda lekko niesmacznie. Moment, ja nie mówię, że mają być niesprawne fizycznie czy kroczyć z godnością, a fuj. Ale rożnica między żywiołowością a desperacką próbą kokieterii jest dramatyczna.

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Podejrzane na cudzym blogu

14 cze

сидим с Кирой, пьем водку.
два тоста подряд:
- ну, за пидарасов, студентов, жидов!
- ну, за веру, царя и отечество!

Siedzimy z Kirą, pijemy wódkę.
Dwa toasty pod rząd:
- No to za pederastów, studentów, Żydów.
- No to za wiarę, cara i ojczyznę.

I jak tu nie kochać Matuszki Rosiji? ;)

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Niedziela, będzie… alergia

08 cze

Zaczyna to porażać regularnością. Atak alergii z kichaniem nie do opanowania, cieknącym nosem i zapłakanym wzrokiem. Złapało mnei już wczoraj wieczorem i nie przeszło po gruntownym spłukaniu pyłków. Stężenie pyłków traw jest na poziomie średnim. Nie chcę wiedzieć, co mi grozi przy wysokim.
Dokładnie rok temu była identyczna sytuacja, choć byc może była to sobota – Połowic na golfie, a ja w domu – zakichana na amen.
W Polsce nie miałam tak. Raz – na wakacjach na wsi przez tydzień jak w mordę strzelił. RAZ. Przy czym jeździliśmy w to miejsce regularnie.

Pardon moją łacinę, ale do dupy ta Irlandia.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Kota naszego alter ego

08 cze

Ale sie działo. Od jakiegoś czasu wisi ogłoszenie, że rudy kot zaginął. Nas czasem taki rudy odwiedza. Dziś w nocy odwiedził znowu.
Myśleliśmy, że to ten zaginiony; uskuteczniliśmy akcję. Potencjalni właściciele w drodze, my zabawiamy kota. Tymczasem Pangur się urwał – bryknął przez otwarte okno czy drzwi. Koty skoczyły na siebie, drą się i tarzają, akurat wtedy, kiedy ja nawijam do faceta, jak jego kot wygląda. Połowic wyskoczył przez okno, na szczęście z parteru, za kotami, rozdzielać je. Ja za nim, bo Pangur został brutalnie ściągnięty z okna, przez które chciał bryknąć do domu, przez drugiego kota. Koty się przeniosły przez zamknięta bramę (ponad nią dosłownie) na front – domu. Ja za nimi. Połowic w pędzie rozgniótł bosą stopą jakieś mokre stworzenie (ślimaka lub pająka – giganta), jak się później dowiedziałam, bo kapcie pogubił. Koty zniknęły z pola widzenia, ale przeciągłe wycie i jęki piekielne dochodą spod samochodu sąsiada, znaczy koty tam siedzą i się inwektywami kocimi najwyraźniej nawzajem uszczęśliwiają. Nawołuję pangura, nawołuję, wreszcie widzę – biegną, Pangur przedm, dopadł drzwi – szlust, za kanapę, drugi – odpuścił, do domu nie wpadł. Drzwi zatrzasnęliśmy, ale drugiego warto zatrzymać, no jak się już właścicieli potencjalnych zawiadomiło… poczęstowaliśmy – zdrajcy – gnojka Whiskasem. Wtranżolił całą saszetkę, niech mu w biodra idzie, nie zaszkodzi mu, bo gruby nie był, a Pangur nie lubi. Właścicieli nie widać, dawaj, po drugą saszetkę. kot wtranżala z przerwami, wycofując się, ilekroć kombinujemy, jak go zamknąć, złapać usidlić – nie z nim takie numery. I jak go usidlić, nasz tuż za drzwiami, ryzyko spore, mimo (zwłaszcza?) że ze Szwagrem został.
Wtranżolił 3 saszetki.
I się okazało, że to nie ten kot.
Ale koty były przystojne ;) Wprawdzie było ich dwóch i posiadali kota, prawdopodobnie na spółkę, którego szukali, ale w patrzeniu mi to nie przeszkadza…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS