RSS
 

Archiwum - Maj, 2008

Piatek

30 maj

Wczoraj doznalam naglego napadu natchnienia i wzięłam dzień wolny.
Jest mi bosko.
Idę malować ścianę w ogrodzie.
Pangur łapie muchę na oknie :D:D:D
Gdybyż Połowica można tak łatwo rozerwać ;)

——————————————————

No i porobilismy tak:
 

 

Jeszcze jedna strona, jak widac, zostala i druga warstwa na co niektore kawalki. Biale tak daje po oczach, ze musialam malowac w okularach przeciwslonecznych, wiec co druga zoltawa dla zlagodzenia. Nazwy sa ladniejsze niz odcienie :) Jeden nazywa sie np. Harvest – Zniwo. Albo plon. Tez ladny byl :)
Lapy mnie bola od pedzla; pogoda wyjatkowa – na krotkie spodenki, co w moim przypadku jest ewenementem! Zwlaszcza tu. Zdjecie robione z domu przez szybke o godzinie mneij wiecej 21:30 czasu lokalnego. Chcialam zwrocic uwage, ze bez flesza. Biale noce, psiakostka?
W tym czasie Polowic zagospodarowywal kolejne dwie skrzynki kwiatkow dla mnei  i rog ogrodka, skad usuwal stary kompost. Szczesliwie mi sie farba skonczyla, o zaczelabym malowac dom…
Na kolacje byl losos z patelni w ziokach. I wyszedl. I jeszcze truskawki sie udalo dostac po cenie, od ktorej mi nie stana w gardle :) Ten losos to jeszcze tanszy powinien byc. Przeciez tutaj tego na peczki. Rozumiem, ze truskawki drogie, bo je sprowadzaja albo doswietlaja chyba latarkami….
Zmeczylam sie i ide spac. Zycie potrafi byc takie proste i przyjemne. Oczywiscie do konca wolnego.

Ten losos to mi na zoladku siedzi.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

U lekarza

30 maj

Po perypetiach z umowieniem nas w poslkeij klinice z niewlasciwym lekarzem na badanie, ktorego i tak by nie przeprowadzono, przerejestrowaniu przez Litwinko-Lotewke i niekonczacym sie oczekiwaniu wyladowalismy u lekrza. Kazali nam pojsc pod szóstkę.  Przyszedł lekarz. Zaprosil do gabinetu. Polowic wchodzi, lekarz czeka przy otwartych drzwiach, no to ja też wchodzę, W koncu klinika polska, Połowic irlandzki… Ale lekarz po angielsku mówić zaczyna, więc ja mówię, że w takim razie może ja poczekam na zewnątrz. Lekarz zaskoczony (jeszcze bardziejpo tym, jak weszliśmy razem): „Ale dlaczego odwrotnie?” Ja: „No bo to mąż jest pacjentem”
Lekarz:”Ale ja jestem ginekologiem.”
Szczęśliwie się okazało, że wizytę zarejestrowano do właściwego specjalisty, który przyjmował w pokoju 9, nie 6 (dysleksja w klinice?). Wprawdzie pan doktor o niczym nie wiedział i przyjmował pacjentów jak leci poza nami (mieliśmy być pierwsi, hahaha), ale po drugim się uprzejmie domyśliłam, że pan doktor jest zaprogramowany na reagowanie na komputer i telefony z recepcji, nie na wołania potencjalnych pacjentów. Po drobnej i bardzo uprzejmej interwencji w recepcji, która zainterweniował u pana lekarza, poprzepraszaliśmy się wsyzscy wielokrotnie i Połowic został przyjęty. Po takim zamieszaniu, kurcze, jak nie wyszdrowieje mi całkowicie w dwa tygodnie, tak jak pan doktor nakazał, to naprawdę komuś dokopię. Najlepiej Połowicowi.

Przy okazji, z mniej humorystycznych akcentów, pan doktor (polski, jak i klinika, choć mają i litewskiego, ale innej specjalizacji) stwierdzil, ze rozpoznaje u Połowica dokonany przed laty zabieg, ale najwyraźniej nie przeprowadzono leczenia poprawnie, bo przy okazji wykonania samego zabiegu nie zrobiono nic, by zapobiec nawrotom.
Zadałam Połowicowi pytania retoryczne – jak to możliwe, żeby jeden człowiek miał takiego pecha, żeby raz za razem podczas tak wielu lat rozmaitego leczenia trafiał na tylu kiepskich lekarzy, spośród których… wszyscy byli Irlandczykami.
Po czym popłakałam sie ze złości, bo już nic innego mi nie przyszło do głowy.
Te ginące ze szpitala dzieci to już tylko zwieńczenie irlandzkiej służby zdrowia z masowymi błędnymi diagnozami onkologicznymi, lekarzami, którzy wysyłali na zbędne operacja usunięcia paniom zdrowych organów rozrodczych, zdalnego diagnozowania wszelkich schorzeń na podstawie samych wywiadów oraz poradom o charakterze „To niedobrze i coś z tym trzeba zrobić [kropka].”
Tak. COŚ z tym trzeba zrobić.

Amputować?

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Techniczny problem

27 maj

Szwagier zdiagnozowal Polowica. To nie byle co, to na pewno cos duzo gorszego. No kurde, jak pieprzne w ten glupi, zapyzialy ryj, co widuje tylko dwie ciotki na krzyz i siostre, ktora nosa poza dzieciece kupy nie wychylila, to mu sie zrobi co POWAZNEGO na twarzy, bo w mozgu juz chyba ma.

Musi miec, bo kto inny poza moim Szwagrem rozwiaze problem spadajacej pokrywy z kosza na smieci (po mojej uwadze, ze kosz jest niesymetryczny i trzeba pokrywe obrocic) w TAKI OTO SPOSOB:

 

Nawet kot sie pokladal ze smiechu:

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Komentarze do komentarzy do poprzedniej notki

27 maj

Najwyrazniej jakies absurdalne nowe ustawienia bloga obcinaja moj wlasny komentarz na moim wlasnym blogu. W zwiazku z tym oto komentarz do komentarzy do poprzedniej notki:
Dzieki, Wyspiarko, za te madre slowa. W Polsce tez bywaly dni, ktore przebeczlam ze zlosci (to glowny powod placzu u mnie, jesli nie jedyny). Wydaje mi sie, ze w nowym miejscu – tu: w Irlandii – musimy wiecej udowadniac sobie i innym, zeby zapracowac na szacunek przynalezny nam nawet z racji istnienia. Przykre realia. Czasami musimy udowadniac jeszcze za tych naszych rodakow, ktorzy dali zly przyklad. Tak oczywiscie nie powinno byc, ale jest. Przypuszczam, ze nie zdajemy sobie sprawy, jak czesto my sami w ten sposob szufladkujemy caly swiat (ja na pewno). Np. po doswiadczeniach z pierwszej tutejszej pracy o maly wlos zostalabym zagorzala rasistka.
Jest taki kawal – facet wpadl w bagno, topi sie, a obok siedzi zaba i sie gapi. Facet walczy o zycie, zaba sie gapi. „CO SIE GAPISZ!” zezloscil sie i walczy dalej, zaba dalej sie gapi. „SP***J!” Zaba nic. Facet w koncu utonal. A zaba na to: „>>Co sie gapisz?<< >>Sp***j?<< Przeciez ja tu mieszkam!”
No i z tymi irlandczykami troche jak z ta zaba… A ze mna jak z tym facetem, co tonal.
Dwaxel, moj komentarz brzmi ostrzej, niz zamierzalam, bo brak mu intonacji – nie chcialabym, zebys odebral to jako atak, dobrze? Przed chwila w rozmowie przez GG z psiapsiolka wlasnie zaszlo podobne nieporozumienie, tylko ze ona znajc mnei, wziela na to poprawke :)
Z Irlandia jestem na NIE od samoego poczatku i dla dwoch „TAK” porzucilam pare rzeczy, ktorych sie nie dalo zapakowac. Mimo roznego rodzaju niewygod, trosk i powaznych klopotow nie=gdy nie rozwazalam wyjazdu za granice. Nie zrobilabym tego, gdyby nie POlowic (choc moze bylby jakis inny codzoziemiec, licho wie, ale to juz jego problem, ze sie spoznil) ;P Od samego poczatku bolalo mnie to, w jaki sposob postrzegani sa Polacy i jak sie zachowuja, jaki buduja pbraz. Ciezko bylo nawet znalezc ludzi, ktorzy takim wizerunkiem nie sa zbyt obciazeni.
Polacy sa postrzegani nieciekawie, a nasza kochana rodzima prasa to cudownie rozdmuchuje, ograniczajac sie do bardzo jednostronnego poznawania srodowiska, w ktorym najwieksza ambicja jest nachapac sie maksymalnie w minimalnym czasie i pojechac poszpanowac do Polski; z czapka z glowy wobec tych wszystkich, ktorzy sie odwazyli, zeby wesprzec rodzine. Ale jezeli dziewczyna po studiach rachunkowosci pracuje na owym przyslowiowym juz zmywaku w Duplinie i nie mysli o niczym wiecej, to dla mnie to jest jakies koszmarne nieporozumienie. Pomijam juz nawet tych, ktorzy z lenistwa i obawami przed odpowiedzialnoscia przyjmuja proste posady. Mam znajoma, Polke, ktora sytuacja zyciowa zmusila do pracy jako sprzataczka, ale on jest swiadoma, ze bez znajomosci jezyka nie ma zbyt wielkiej szansy na cos lepszego. Jest inzynierem budownictwa. Szlag mnei trafia, jak widze czasem,. jak moje ciziowe wspolpracownice, bo jak to-to nazwac kolezanka, traktuja czy ja, czy inne sprzataczki. Dlaczego? Bo masa jest tu osob, ktore sprowadzaja swoje zachowanie do pozycji splecznej postrzeganej przez Ajriszow. Tak jakby sie tym chlubili. Klna, pija  w okrpnym stylu, usilujac zapic robala i nie robia nic, by zmienic swoja sytuacje. Glosno krzycza, ze sa Polakami. Dziekujemy, Rodacy.
Oczywiscie, ci Polacy, ktorzy usiluja sobie ulozyc tu zycie, nie sa dobrym tematem, nie rzucaja sie w oczy, niekoniecznie lubia zadawac z pierwsza grupa. Tak, wiem, ze SA WYJATKI. Jestesmy ubozsi jako kraj, jako grupa imigrantow, propaganda zrobila swoje, a najwikesza bolaczka to ta roznica, ktora tak szybko nadganiamy; ten szosty zmysl, ktory wyksztalcil w nas poprzendi ustroj, zanika, zatarte roznice miedzyklasowe i upowszechnione wyksztalcenie, i umiejetnosc spojrzenia na czlowieka nie przez pryzmat pieniedzy – zamieraja. I moze – wlasnie przyszlo mi do glowy – nie zauwazylam, kiedy przekroczylam roznice o jedno pokolenie za duzo? Cena jaka place za to, ze pracowalam tyle lat z mlodzieza i jkos utozsamialam sie z ich wartosciami i problemami; a tu buch, nagle sie to zmienilo i zaczelam wypadac z obiegu. (Jak ktos mi powie, ze sie starzeje, to ma w morde bez ostrzezenia. Po chamsku i spontanicznie)
Wydaje mi sie, ze domagam sie praw naturalnie przyslugujacych mnie i calemu spoleczenstwu – szacunku dla drugiego czlowieka i jego praw, starannosci w wykonywaniu pracy (zwlaszcza oplacanej!) i takich tam drobiazgow zwiazanych z zachowaniem godnosci ludzkiej. Za duzo? Pwnie tak. Wspomnialam w notce – nie poddam sie, bo to dla mnie oznacza koniec swiata – poddanie tego swiata.
Nie.

Jak mi ogranicza dlugos notek, to zareaguje, jakby mi powiedzieli, ze sie starzeje. Uprasza sie o zamieszczanie komentarzy dowlnej dlugosci, z przyczyn technicznych podzielonych na kawalki. W ramach ulatwienia dla czytajacych mozna numerowac, ale nie ingeruje ;)

Hahaha, to nie komentarze tylko te ostre nawiaski. Ale ze mnie ciol.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Podejscie do pracy

26 maj

Jestem niedzisiejsza, najwyrazniej. Kupilam bochenek chleba polskiego, pyszny, cieply jeszcze. Niose go do kasy, usilujac wepchnac w za maly worek, a chleb niepakowany. Przy kasie kolejna dziunia chce siegnac po ten moj neizapakowany chleb. Zatkalo mnie – odruchowo sie odsunelam. Zlagodniala i tylko pasek tekturowy chciala, zeby zeskanowac. Mowie, ze chyba powinny byc jakies torebki na ten chleb (w naszym Tesco jest slicznie zapakowany I zgrzany). A ona, ze ona nie wie. Bo to te kobiety na tzw. deli (inne stoisko) o to powinny dbac. Rece opadaja. Mowie, ze chyba jest pracownikiem i ze chyba to jedne sklep, ale co jej zalezy jak ona tu na chwie, zarobic i wyjechac. Ale gdziekolwiek pojdzie, gdziekolwiek nie bedzie pracowac, ona zachowa sie tak samo – zawsze bedzie „nie jej dzialka”. Zabic to za malo. W tym sklepie jeszcze takiego numeru nikt nie zrobil, wrecz przeciwnie, balam sie zapytac, bo wszyscy zaczynali biegac kolo mnie.
Czy ja juz trace zmysly? Czy mam tylko w ciagu tych dni zezowate szczescie spotykac dupka za dupkiem?
Bo ja tego nie rozumiem.
Znam tumiwisizm, ale to juz ludzkie granice jak dla mnie zaczelo przekraczac. Glowa mnie od tego rozbolala.
Czy nastepnym razem, jak zapytam lekarza o porade, to tez uslysze, ze on tylko diagnozuje, a rozwiazania to nie jego dzialka? Bo w praktyce to juz tak wlasnie dziala.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Przesilenie

25 maj

W skrócie. Jakiś debil stanął przede mną w kolejce do bankomatu. Krew mnie zalała, bo staliśmy z Połowicem grzecznie – w przyzwoitej europejskiej, jak mi się wydawało, odległości, nie na plecach tego, który właśnie korzystał. A tamten wlazł między nas, czemu nie. I się pożarłam z tym …. Z ty CZYMŚ na ulicy. W momencie, gdy przywaliłam, że ma się odsunąć, bo zamierzam użyć mojego PINu, wyskoczył, że więcej zarabia – Parsknęłam i zapytałam: „I co z tego?”
Ale ten prymityw nie pojął. Nie z tym irlandzkim ilorazem inteligencji.
Mam dość, dość tego zadupia, gdzie skarżą się na chamstwo imigrantów, a sami zachowują się, jakby się na drzewach w warunkach wysokiej konkurencji zachowywali. Mam dosyć tego wpierniczania się wszędzie przede mnie. Nie wiem, jakie ludzie mają doświadczenia, może przez trzy lata się tyle zmieniło, ale w kolejce do bankomatu ludzie stoją i czekają NORMALNIE. Przynajmniej w moim mieście. Zachowują dystans i nie wpychają się przed innych. Jeśli nawet się poluje na miejsce w busie, to nikt nie siada na twojej torebce, jak to miało miejsce w autobusie irlandzkim w wykonaniu IRLANDKI, nie mam wątpliwości, bo to WIDAĆ, SŁYCHAĆ I CZUĆ.
W drodze do sklepu trzy irlandzkie bubki (grupa mieszana) stanęły na wąskim chodniku i paliły papierosy, jedne prawie mnie poparzył, wymachując łapskiem. Za tym samym pubem jest uroczy ogródek. Tak samo mokro-zimny i wietrzny i również wolno tam palić (całkowity zakaz palenia papierosów w miejscach publicznych – nie dotyczy ulic – w Republice Irlandii).
Mam dosyć tego zarzygania emocjonalnego, intelektualnego i fizycznego.

W Irlandii nie ma szacunku dla kobiet, może jako dla matek. Równouprawnienie zostało prawnei przypieczętowane dopiero w latach 70-ych i to się czuje.
Prócz tego żaden zachodnioeuropejski bubek nie powinien otwierać mordy krytykując stan majątkowy wschodnioeuropejskich imigrantów (Bałkańskich również) – bo gdyby Zjednoczone Królestwo, Francja itd. nie zignorowały najazdu Niemiec na Polskę, a Irlandia nie zachowała neutralności przez cały czas trwania drugiej wojny światowej, to nie wiadomo kto komu by buty szorował; po drugie, choć pierwsze, nie stan majątkowy czyni człowieka, choć przy całej degeneracji intelektualnej zwłaszcza Zachodniej Europy (vide poprzednia notka) to zbyt złożone, by objąć ten obszerny temat, prawda?
Do tego jednak bubkowi, który mnie zaatakował werbalnie przy bankomacie, musiałabym, zrobić wykład z historii, włączając w to również okres Powstania Wielkanocnego 1916, do którego irlandzkie oddziały były przygotowywane, szkolone i zbrojone w Niemczech, między innymi w związku z czym Irlandia nie mogła wystąpić przeciw Rzeszy. A on jeszcze na koniec, przy całej irlandzkiej mentalności, zapytałby pewnie: „Dlaczego?”
W ramach wyrównywania różnic i równouprawnienia narodów europejskich dziś pomiatali mną Irlandczycy, a jutro będzie pomiatał służbowo Szkop.

Poza tym pomalowałam kawałek ściany w ogrodzie za domem i właśnie pada deszcz. W końcu jesteśmy w Irlandii; tylko za bardzo sie zrelaksowałam i zapomniałam. Najgorsze chyba to, że to jeszcze nie koniec tej urpczej niedzieli.

Znów idę spać smutna. A Połowicowi, który dziś się przyznał do karygodnego występku, który ukrywał potem przez trzy dni, trzeba zorganizować przyjęcie urodzinowe, bo ma okrągły jubileusz, i trzeba będzie jakiś pub czyli dom publiczny wynająć. Taki kraj, taki obyczaj i dom za ciasny.

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

A propos ginacych dzieci i bladzenia w tematach

25 maj

Tak mnie naszła jedna drobna refleksja, bo nasłuchuję, jak się ma śledztwo w sprawie dzieci ginących ze szpitali w Irlandii.
Nie mam powodu sądzić, że istnieje choć jeden kraj, gdzie nie ma prostytucji dziecięcej; myślę, że może się znawet zdarzyć w Islandii z jej 300-tysięczną populacją.
Ale w ilu krajach Europy dzieci giną bez śladu ze szpitala? Komuś zginęło dziecko w szpitalu?

Bo nawet ja się dałąm znieść fali dyskusji.
A zaginięcie dziecka umieszczonego w szpitalu – i to bez śladu – nasuwa mi straszne skojarzenia. Że znalezienie tych dzieci nawet w burdelu, to chyba i tak szczęście.

Burdel, bo dom publiczny w Irlandii to w skrócie PUB. I mi się potem już miesza.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Duplin reviseted – kontynuacja

24 maj

Kolejny dowód na to, jak zmęczenie czyni spustoszenie we mnie. Zrobiłam parę dygresji na tematy różne, głównie zwiedzaniowe i stało się mniej więcej to samo, co podczas zwiedzania Duplina; mianowcie tak skoncentrowałam się na tłumeniu niechęci do tego miasta, że umknęła mi właściwa treść. Stilgar uprzejmie pooglądał uliczki, powałęsaliśmy się trochę wokół zamku i Temple Bar, a ja starałam się zareklamować (jak dla mnie wątpliwe) walory Irlandii. Niezwykle pogoda dopisała, dziś jest jeszcze milej, w związku z tym kot wyprowadził Połowica na spacer za dom i Połowic grzebie się w glebie. Ogród nabiera kształtów.
Z Połowicem na ogół jeździmy do Duplina w określonym celu. Zwykle jets to w pośpiechu, limitowanym czasie i również limitowanych siłach. Do 9 wieczoerm jakoś wytrzymuję, ale po wieczornym seansie filmowym staram się nie myśleć, jak daleko mamy do domu i że jeszcze nie wiadomo, kiedy jakiś bus pojedzie, a w ogóle to najchętniej wyciągnęłabym się na dywanie w którejś z sal… Nie wałęsamy się, a muszę przyznać, że zwykle to lubiłam. Duplińskie uliczki są na ogół albo pełne ludzi, zatłoczone do takiego stopnia, że ciężko się poruszać, albo puste i co najmneij podejrzane. Raz wyciągnęłam Połowica na wałęsanie się – skręciłam po wykłóceniu się i Połowic nic nie mówił z grzeczności. Dopiero jak zobaczyłam jakichś dwóch typów, którzy kontemplowali ścianę po dokonaniu wymiany być może papierosa zrobiło mi się dziwnie. Kiedy opuściliśmy ten teren, Połowic dość sucho poinformował mnie, że kiedyś w tej okolicy został pobity i że właśnie znajdujemy się w niebezpiecznej części miasta. Parę przecznic od tej części zaczynają się polskie sklepy i widać mnóstwo cudzoziemców we wszystkich kolorach tęczy. Są to te ruchliwe i pełne handlu uliczki, które dość wyraźnie sugerują, że w tym środowisku nie ma miejsca na nic innego poza pragmatyzmem. Co sprawia wrażenie dość nieprzyjemne i przygnębiające. Muszę pamiętać przy okazji, żeby się nie wygadać przed Połowicem, że spacerowałam na tyłach Urzędu Miejskiego, tam gdzie tak często widzi się dealerów narkotyków, czasem zatrzymywane przez Gardę płotki. Jakoś mi to wyleciało z głowy, a trzeba się było z gościem tą wiadomością podzielić, niech wie, że to nie byle wioska :P Tylko duża wioska.
Znowu zabłądziłam w dygresje.
Tak samo jak nie brakuje mi czasu na kontemplowanie świata w ciągu tygodnia, a w ciągu weekendu na to wszystko, co sobie obiecywałam w tygodniu, bo wybieram kontemplowanie chmur, tak samo, jak brak mi czasu na to wałęsanie się, bo wybieramy po prostu inne rozrywki, tak też brakło mi tego czasu na porozmawianie z moim znajomym o wsyztskich rzeczach, o których z ludźmi się chyba powinno rozmawiać, brakło mi czasu na jeden temat, na wytłumaczenie, na przedyskutowanie, zwątpienie i nabranie pewności, czy i dlaczego warto walczyć z przemijaniem rzeczy, z przemijaniem nas samych. Być może sama zrozumiałabym wreszcie własny upór. Przemknęlo mi to przez myśl, kiedy ubolewałam nad tym, jak niewiele zostało w Irlandczykach z ich oryginalnej kutlury, z ich tożsamości nie tyle jako narodu, ale jako autochtonów, którzy powinni, jak mi się wydaje, nieść przez wieki mądrość ziemi. Chyba dużo bardziej ucierpieli pod tym względem niż Walijczycy i Szkoci, ale najstraszniejszą rzeczą według mnei jest to, jak chętnie oddają swoją irlandzkość teraz, jak gorliwe się europeizują i amerykanizują. Nie ma to nic wspólnego z Unią Europejską, może tylko pod względem łatwości przemieszczania się bez wiz, co sprzyja mieszaniu się kultur, przepływom informacji itd.Irlandczycy chętnie BYLIBY kimś innym. Chłoną nowinki i trendy, robią to często nieudolnie, ale gorliwie, zaczynają być ignorantami w dzidzinie własnej historii. Wprowadzają CIę w błąd z absolutnym przekonaniem o własnej racji. Znam ich jako płytkich ludzi, poszukujących rozrywek w postaci nowych potraw, gadżetów elektronicznych, gier (elektronicznych) i nowych dziedzin sportu typu Powerwalking, nowych form robienia tego, co dawniej robili – rozmów telefonicznych (słuchawka douszna, bluetooth, komórka musi być najnowsza), słuchania muzyki (ipod lub najnowszy model komórki; zwykłly MP3 player jest pase, taki jak mój, który dla mnie jest ciągle nowinką choć się wytarł w torbie). Porzucę ten temat, za dużo o tym już pisałam i tak.
Mam jednak pytanie. Jeśli nie słyszałam rozmów moich współpracowników dotyczących różnic kulturowych i wpływu historii na zachowania ludzkie, albo filozoficznych wtrętów chociaż o znaczeniu rozrywki, podróży, jakichś silniejszych przeżyć na ich sposób postrzegania życia – czy mimo to mam wierzyć, że zgłębiają takie tematy, że mają dla nich znaczenie większe niż dziedzina nauki, która jest im obca i daleka? Czy powinnam to skorygować o jakieś 100% o specyfikę środowiska bankowego? W miejscu, gdzie ludzie pochodzą z całego świata (dosłownie, z Antypodów też), gdzie część ekipy wymienia się w ciągu roku na rzecz innych krajów i nacji, gdzie ludzie z racji pracy muszą interesować się tym, co się dzieje w kilku krajach i na całym świecie w wielu branżach naraz? Obejmuje to praktycznie wszelkie sfery życia, które w znaczącym stopniu wpływają na ekonomię kraju i jego kawałków – regionów, miast. Nie wiem, może znów jest to moje szczęście do ludzi, którzy przewinęli się w Polsce przez moej życie – ciekawych świata, ciekawych wszystkiego i łaknących wiedzy, usiłujących zrozumieć, co się dzieje wokół nich – nas. Dobrze, BYŁY wyjątki takie jak pani, której ambicją było porządkowanie przepisów kulinarnych i ich popularyzacja. Chyab nadal pamiętam jej przepis na paprykę pateryzowaną – wsadza się do rozgrzanego piekarnika na chwilkę, nie za długą, żeby można łatwo obrać ze skórki, po oczyszczeniu i obraniu wsadza się ćwiartki do słoików, zalewa wodą i pasteryzuje. Nie daję gwarancji, ale jakoś tak to szło :) Byli to ludzie ambitni, którzy nie zamierzali się ograniczać do pola zawodowego. Chodzimy z Połowicem do kina raz – dwa razy w miesiącu, Połowic lubi amrykańskie superprodukcje – na dużym ekranie są czasem nawet fajne, na małym dla mnie niestrawne. Uchodzę za prawie-eksperta filmowego. Zaznaczam, że nie oglądam na ogół telewizji, wolę surfing. PO SIECI. Nie umiem bowiem pływać (umiałam najpierw, po dziesięciu latach przerwy nadal umiałam, a potem po roku nagle przestałam umieć; bez jaj) (z jajami też nie umiem). Nie wiem za to co i gdzie można zjeść w Duplinie, nie znam nazw miejsc, pubów, barów czy restauracji. Kiedy zapytałam znawców gastronomicznych obiektów duplińskich, gdzie można posłuchać jazzu na żywo, zapanaowała w grupie cisza. Odpowiedź mojego genialnego kierownika, że gdzieś tam chyba grają, choć różne gatunki, się nie liczy, bo on się zna na wszystkim i jest poza kategorią. Nie żartuję, to cholerny geniusz :| Nie interesuje mnie standard hoteli, ale znów – kultura krajów, sztuka, geografia. Nie obiekty sportowe i rekreacyjne, ale możliwość oglądania – ha! PODglądania kraju i ludzi, natury w stanie jak najbliższym naturalnemu. Kiedy zadaję takie pytania, często widzę po oczach, że ludzie nie zastanawiają się nawet nad tym. Nie przyjdzie im do głowy, że zakupili sobie za pięć czy pięćdziesiąt euro/dolarów/dinarów/innych jednostek pieniężnych fałszywy uśmiech i że na co dzień tancerz czy wodzirej może nie nosić kolorowego kostiumu. Może – tak, możliwe, że w tej kuturze, zachodnioeuropejskiej grzeczne i polityczne rozmowy w dalszym ciągu ograniczone są do pogody i stanu dróg i że od trzysty lat nic się nie zmieniło, że wymiana poglądów i myśli ograniczona jest do szczególnych warstw, zawodów, zajęć – że jest domeną naukowców i polityków, a w miejscach pracy ostrożność, by nie wygłosić jakiejś kontrowersyjnej myśli, nakazuje ograniczyć się do owej płytkości.
Tak czy inaczej… coż. Nie ma z kim pogadać ludzkim językiem. To samo jest z rodziną Połowica, choć może zakres tematyczny jest inny. Nie pracują w tej branży, może dlatego.
Ha, znów zabłądziłam w dygresję.
Może to jakiś polskiego pochodzenia upór z uprzednich wieków, który mówi mi, że jeśli nie będziemy kultywować pewnych obrządków, tradycji, umrzemy sami – wewnętrznie. Że jeśli poddamy się raz, zrobimy to po raz kolejny, aż poddamy wszystko. Że to właśnie przeszłość, historia nas tworzy – kim będziemy, jeśli to wymarzemy? Jeśli zatąpi Wigilię i Boże Narodzenie dniem wolnym od pracy, ale handlowym? W Irlandii Boże Ciało nie jest dniem wolnym. Wszystkich Świętych jest normlanym dniem pracy. Okres karnawału nie jest rozpoznawany. Nie ma Tłustego Czwartku, nie ma śledzia, choć w Środę Popielcową kilkoro ludzi idzie do kościoła, by wyjść z umorusanym czołem. W Polsce ponoć 90% ludzi deklaruje się katolikami, nie wiem, ilu z nich praktukującymi, w Eire ponoć podobnie. A jeśli zaprzestaniemy religii, przecież jest to zaledwie podtrzymywana tradycja dla wielu z tych 90% – można wierzyć, chodzić na msze, ale po co choinki, pisanki, prezenty, kolędy, po co rybka i baby?
Kim będziemy bez tego wszytskiego?
Ile rzeczy, tradycji i zwyczajów porzucimy jako następne?
Kim będzie ludzkość bez kilku tysięcy lat spuścizny?
Kim będziemy my bez tego, co przekazano nam za młodu? Bez spuścizny rodowej i rodzinnej?
Jeśli odrzucimy je, by zacząć nowe życie, czym będziemy, jeśli zabraknie tej naszej zaprzeczonej przeszłości w nas?

Upór w nas samych w podtrzymywaniu tego, co zdaje się zamierać, jest też częścią nas. Jest częścią mnie. Dzięki temu przetrwały narody, dzięki temu przetrwała cywilizacja, upadła Trzecia Rzesza (żeby teraz mnei gnębić, psiakość, jako członek UE), dzięki temu zbudowano Kraków, Kopiec Kościuszki, pomalowano Kaplicę Sykstyńską. Dzięki temu piszę tę notkę i dzięki temu istnieje mój blog. Dzięki uporowi, cierpliwości, zaciętości istnieje moja rodzina. Dzięki tej ludzkiej cesze Połowic, który właśnie pożarł ciasteczko siedzi obok mnie.

Poddając się, grzebiemy nadzieję. Grzebiemy samych siebie.
Tak, Stilgarze, zawsze warto walczyć. Nawet w wydawałoby się błahych sprawach. I mam nadzieję, że to się przyczyni(ło) do wygrania turnieju :) Bo nawet mała wygrana daje wiarę w siebie, czasem daje ją nagle wielu innym ludziom – dzięki naszym niewielkim wysiłkom. Wszak nigdy nie wiemy, kto na nas patrzy…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Duplin revisited

24 maj

Przyjechał w odwiedziny znajomy z Polski, Stilgar. Znaczy niezupełnie w odwiedziny. Konkretnie: po prostu miał wolny wieczór i chciał zobaczyć Duplin i zapewne pogadać. Byłam bohaterką – jak na moje możliwości naprawdę mało narzekałam!… Nie znoszę Duplina. Utożsamiam go niesłusznie z cała Irlandią. Mimo to byłam w stanie wymienić kilka naprawdę ciekawych miejsc, pod których wrażeniem jestem. Zdobyłam się na oprowadzenie Stilgara po starej, tej w miarę interesującej częsci Dublina – po okolicach Temple Bar i w pobliżu zamku, po uliczkach opustoszałych nieco o tej porze i tych zatłoczonych przez poruszających sie chaotycznie autochtonicznych mieszkańców wymieszanych z tymczasowymi i bardziej trwałymi imigrantami oraz pogrążonych w wakacyjnym amoku turystami. Lubię budynki. Architekturę. Mówi mi wiele o miejscach. Nawet w odrestaurowanych centrach miast. Duplin ma parę miłych kamienic. Sporo ślicznych kamienic jest w Bytomiu, Katowicach, że nie wspomnę o klasyce – Krakowie i Gdańsku. Właśnie wspomniałam; ta figura stylistyczna jest pozbawiona sensu, prawda?
Oczywiście Duplin jest inny, budynki są niższe i chyba bardziej kolorowe, ale też przykurzone i poszarzałe. Można za to zobaczyć więcej oryginalnie starych szyldów i napisów, na które nikt nie zwraca uwagi; można znaleźć napisy sprzed lat nie starte ręką czasu i polityki. Ale nie podoba mi się, nie ma dla mnie uroku. Znam mnóstwo ciekawostek, rozsianych tematycznie po całej historii cywilizacji, ale nie lubię Duplina i w związku z tym nie wierzę, że mogę być po nim dobrym przewodnikiem.
Duplin jest zatłoczony na ogół nad miarę. Ludzie nie dbają o innych, przepychają się, potrącają, klną i hałasują. Nie spędzam wiele czasu w centrum, nie znajduję w tym zbyt wiele radości – dlatego sporadyczne wycieczki od czasu do czasu jeszcze w miarę mnie bawią, zwłaszcza jeśli można przy tym popatrzeć, jak urokliwie światła odbijają się w rzece; kiedy all that jazz jeszcze nie stracił względnej i wątpliwej świeżości.
W drodze powrotnej kłębiły się we mnie myśli i uczucia uśpione od dawna, obudzone znienacka chwilą oderwania od wiecznego pośpiechu, nadrabiania wiecznego „niedoczasu”, paroma minutami nie do końca wymuszonego czekania – siedzenia na słońcu i gapienia się na ludzi. Jakże mi było z tym dobrze, z tym czekaniem. Czekanie usprawiedliwa wszystko – nasze niezdecydowanie, opieszałość, wahanie, ukadzione niewypełnionym obowiązkom nicnierobienie. Tak jak podróże i dworce (lotniska nie mają tego nostalgicznego posmaczku).
Czuję się winna wobec Irlandii. Za to, że jej nie znoszę. Walka z tym uczuciem pochłania wiele moich sił, nie wiem, czy nie nuży mnie mocniej niż cała reszta zmagania się z rzeczywistością, która przerosła moje oczekiwania odnośnie przerośnięcia moich oczekiwań kilkakrotnie (mam na myśli, że byłam przygotowana na to, że nie będę przygotowana, ale to wszystko to już lekkie przegięcie). Wracam do naszej enklawy podmiejskiego niepokoju, do wiecznie niedorobionego ogródka, w którym zaczynają kwitnąć zasadzone przez Połowica kwiatki i pysznią się moje cudowne margerytki :) Do domu, który chętnie zrównałabym z ziemią i postawiła nowy. Niekoniecznie na tym samym miejscu, to swoją drogą.
Wspomniałam podczas tej nieudolnej próby pokazania Dublina w dwie godziny, że kultury irlandzkiej praktycznie nie ma – a to, co po niej znaleziono, nie jest widoczne po godzinach pracy, bo nowa irlandzka kultura czci godziny pracy – pracę celebruje się w określonych godzinach. Po godzinach uprawia się ją czasem jako hobby, ale nie należy sie z tym manifestować poza miejscem pracy, to mogą robić co najwyżej cudzoziemcy. W związku z tym, późnym popołudniem można obleźć zamek dookoła i wejść nawet na jego dziedziniec, ale nie można sprawdzić, na jakich wikingowo-celtyckich podwalinach stoi. Można się przyjrzeć, jak przechodzą ludzie przez Trinity College, bo posiadają ID (??!!), ale nie można wleźć na dziedziniec i zobaczyć bram zaprojektowanych, założonych, postawionych i poprzerabianych przez wieki przez Brytyjczyków, przez które wchodzi młodzież, a wychodzi młoda irlandzka intelygencya; bram, które strzegą dostępu do Book of Kells. Book of Kells to jedna z czterech ksiąg eksponowanych w Trinity College. To cudowny zabytek piśmiennictwa chrześcijańskiego – bogato ornamentowana Biblia, a ornamenty mają charakter jak najbardziej celtycki – pełno w niej niezwykłych i niezwykle złożonych celtyckich przeplatańców, stylizowanych zwierząt wprost z mitologii celtyckiej, które wkradły się na karty chrześcijaństwa i wrosły weń, by zaniknąć wraz z kulturą celtycką, po której zanika chrześcijaństwo. Tak, bardzo mi się spodobało to powiedzonko, średnio być może słuszne. Księga piękna, ale ukryta po godzinach. Wężły celtyckie są również poukrywane – rzadko pojawiają się w zdobieniach na zewnątrz budynków, choć często można je dostrzec w zabytkowych wnętrzach. I chciałabym wierzyć, że Irlandia jest jak ten orzeszek – pod tą skorupką kryje się słodkie jądro, ale nie jest. Poza Dublinem – o tak, jest zapewne mnóstwo pięknych miejsc w Eire. Na zachodzie, na północy i południu. Pod Duplinem, za biletami dla turystów spragnionych romantycznych i egzotycznych bohaterów. Ale jak na mój gust, to większość tego orzeszka jest sparciała i nagnita. I to mocno. Fakt, że na Aranach ludzie rozmawiają nadal w gaelic nie ratuje orzeszka. Duplin jest dla mnie zatłoczonym średnio dużym miastem pełnym niewychowanych chamów rozpychających się po ulicach w południe jeszcze w miarę na trzeźwo, wieczorem po pijanemu, miejscem zaplutym, zaśmieconym i zarzyganym. Może chodzę ulicami w niewłaściwych godzinach; może to tylko trasa między Heinekenem a IFSC, do którego przechodzę koło pętli bez pętli Luas, gdzie koczują bezdomni i domni i gdzie najlepiej przejść wstrzymując oddech. I nie przyglądając się niczemu za bardzo. A za rogiem, jakieś pięć dziesięć metrów od nietaniego baru dla finansjery duplińskiej, gdzie zabieramy czasem co ważniejszych gości, i od wejścia do naszego dawnego biura, vis-a-vis wejścia do naszego budynku – obu strzeżonych dzień i noc przez ochroniarzy, należy ominąć starannie sikających pod ścianą facetów.
W ciągu dnia tego nie widać. Rano i wieczorem po kątach bram zalegają ludzie. W ciągu dnia inni ludzie siedzą z kubkami i żebrają. Nie wszysycy potrzebują. Wielu mogłoby pójść do pracy.
Z całej tej opowieści wynik jedynie, że Duplin jest takim samym miejscem na Ziemi, jak każda inna stolica, jak każde inne spore miasto.
I że nie zanosi się, że pokocham tę ziemię. Że będę wiecznie walczyć z tą niechęcią lub z poczuciem winy – lub i z jednym, i z drugim. Tak samo, że pragnienie pisania będzie walczyć ze zmęczeniem i że słowa zawsze przegrają.
Dzięki tym ucieczkom nie utrwalone zostały zmagania Szwagra z pokrywa asymetrycznego kosza na śmieci, sikanie kota w jego sypialni, którą poczytuję za przejaw kociej inteligencji i idącej z nią w doskonałej parze złośliwości udowodnionej przez ten rewanż za niemytą tackę i zasypywanie piaskiem ZAMIAST. Może kiedyś.
A kichanie wprawdzie trwało jeden dzień, ale efekty utrzymywały się do dzisiaj włącznie. Dziwne jakieś to kichanie, może nie alergia?

Idę się przytulić, bo oglądamy Półmrok z Demi Moore i się robi strasznie…

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Pekam z dumy

22 maj

Pekam z dumy, bo nie dosc, ze ukonczylam (hm, zanim sie narodzila, ale wszak to drzewo z tego samego korzenia), to jeszcze sama pracowalam na ten sukces. Mozna tez interpretowac to w ten sposob, ze baba z wzou, koniom lzej, jak ktos zechce byc zlosliwy.
Miejsce piate w sali kraju. Lepsi od Politechniki Slaskiej, SGHu i Uniwersytetu Warszawskiego. Przed nami tylko Krakow, Warszawa i… Japonia????


http://www.newsweek.pl/rankingi/szkoly_wyzsze_2008/

Bum! I peklam. :):):)

P.S. Wlasnie zauwazylam, ze sie na probke przebadana nie lapie…

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS