RSS
 

Archiwum - Grudzień, 2007

Ocena. Z pracy, nie bloga :P

19 gru

Uff. Dostalam czwórkę z pracy.

W skali jeden do pięć. Piątka znaczyłaby chyba, że się tu nie nadaję i że nie umiem ocenić własnych możliwości (overqualified again?…). Gorzej, że mam już plany na przyszły rok i trzeba będzie się za nie wziąć i to JUŻ… Teraz się modlić i rzucać zaklęcia, żebym mogła te plany realizować do następnej oceny… i następnej … i następnej … :)

Za to w domu szlag mnie trafił. Połowic znów szasta pieniędzmi (bynajmniej nie swoimi, w te nie ingeruję). Potem przez pół godziny szukałam mięsa między kośćmi i tłuszczem w karczku, który Robbie zakupił był od renomowanego lokalnego rzeźnika. Tego samego, od którego kupujemy czasem wieprzowe mielone mięso, śmierdzące jagnięciną :/ Dwa dni jeszcze i lecę do jakiegoś w miarę normalnego kraju <sciana> W karczku za jakieś 70 PLN za kg chyba można oczekiwać TROCHĘ czerwonego w jednym, spójnym kawałku? Ja wiem, że może nie powinno się przeliczać, ale na rany Merlina, to nam MÓJ RODAK sprzedał! POLAK! O zgrozo, smutku… I nie wiedziałam, że karczek jest na żeberkach. A jeszcze później poszukiwałam czystego sztućca w szufladzie, w związku z czym szuflada pusta, a zlew pełen obleppionych tłuszczem widelców i upaćkanych noży. Jeszcze niespełna sto godzin i będę w Polsce…. to samo robić…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Kaczki (takie skrzydlate, z dziobami)

18 gru

Siedziałam sobie w pracy, a tu przeleciały nad budynkiem kaczki w szyku. Sadząc po układzie, ten sam skład, co wczoraj. Trochę obcięty, coś mi się zdaje,poprzedniego dnia było z pięćdziesiąt. Niektóre wymiękły albo startują w wyborach lokalnych. Wczoraj lecialy na zachód, teraz – w drugą stronę.
A może tylko zepsul im się GPS???

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Mokry kot i śnieg

17 gru

Jest poniedziałkowy wieczór, a ja czuję się, jakby był piątek. W najbliższy weekend jakoś nie liczę na odpoczynek za bardzo, nie wiem czemu, może dlatego, że dwa dni będziemy w podróży, bo Aerlingus tak ślicznie zmienił rozkład lotów, że nie bardzo jest jak się do domu dostać :[
Za to dzień był niezły, dorwałam wreszcie jeden prezent dla Połowica i okazłao się, że pozostałe, które nie bardzo chciałam kupować, bo są niezgodne z moim systemem wartości, już nie są pożądane :) Się mu znudziło. Hura.
Ponadto rano dokonałam wiekopomnego odkrycia, wstyd mi tylko, że tak późno. Aż mię serce boli normalnie, jak mogłam być tak głupia!
Kto mrauczał nam przez pół nocy, a przecież miał wszystko – żarcie, mleczko, wodę, czystą kuwetkę (czasem mrauczy, że mu już nie odpowiada, cwaniaczek, i dobrze). Rano zademonstrował mi, co o mnie myśli, kiedy wymyłam miszeczkę, nie wiedząc już, jak mu dogodzić, i nalałam czystej wody. Wlazł obiema łapami i rozbryzgał zawartość po całej naszej małej, zapaskudzonej kuchni. Patrząc, jak zlizuje kropelki z podłogi, doznałam olśnienia i zalewu falą wstydu i wyrzutów. Zrozumiałam. Nasz kot, sierota obrzgana, nie umie pić z miseczki. Do niedawna czasem odkręcaliśmu kurek, bo fascynuje go woda znikająca w ujściu, bawi się nią, próbuje łapać, a potem z diabelską satysfakcją maszeruje przed siebie, zostawiając mokre, szaro-czarne łapkowe ślady na wannie, podłodze i dywaniku. Chcieliśmy trochę te ślady ukrócić…
Ale już się napił. Nawet mu zamontujemy chyba te takie naklejki antypoślizgowe, bo mu się te upaprane łapki rozjeżdżają na dekoracjach na krawędziach.
Poza tym jest w Dublinie ten pisarz, artysta, znany tu lokalnie, nie wiem dokadnie z jakich powodów. Artysta ma depresję tak ciężką, że podziękowano mu za współpracę (konkretnie chyba telewizja), bo nikt sibie z nim nie umiał za bardzo poradzić. Nie wiem, dlaczego, nie o alkohol chyba chodziło, bo od niego nie czuć i nie wygląda i w ogóle dlaczego zaraz alkohol mi do głowy przychodzi. Artysta siedzi teraz na Westmorland Street albo w okolicy najgłówniejszego Bank of Ireland i sprzedaje swoje książki. Usłyszałam o tym nie dawno. Jakieś tydzień po tym, jak minęłam jakiegoś faceta na Westmorland Street, który usiłował sprzedać nieużywane książki na ulic, a na ogrodzeniu, nad tymi książkami przytwierdził kartkę, że to nie gryzie, to tylko książka.
A skoro o książkach mowa, to zajrzałam niespodziewanie do Xięgi Gości, którą nawiedzam niesłychanie rzadko i najpierw się bardzi ucieszyłam – i niemal natychmiast zasmuciłam, bo to jest jeden z tych momentów, kiedy czas jest zawsze zbyt szybki, dni i wakacje za krótkie, a Irlandia zbyt odległa.
Czasami bez wyraźnego powodu mój umysł robi mi psikusa i przenosi w dawno zapomniane – albo i pamiętane – miejsca. Nieraz spaceruję koło mojego liceum, jest polsko-złoto-jesienna pogoda i złote liście kasztanowca razem ze słońcem zabarwiają wszystko na unikalny kolor. Innym razem to las koło Białego Mieszkania, to znów polna droga, pusta, sucha, z delikatną poświatą kurzu znanego wędrowcom, którą przemierzałam z głową pełną niezmordowanie krążących i brzęczących myśli. I rogale z miodem; odosobowione i odarte z towarzyszących wydarzeń – z nieprawdopodobnym unikalnym, jedynym w swoim rodzaju smakiem, sprzedawane niedaleko rynku niedużego miasteczka. Wspominam też diamentowe iskry w śniegu koło dawnego domu, kiedy spacerowałam z psem (jakże dawno to było; jego wielkie i ciężkie łapy zostawiały głębokie pdciski godne niedźwiedzia lub lwa, a na czarnym wesołym nosie świeciła przyklejona kupka śniegu. I jeszcze najpiękniejszy moment zimowy – powrót na piechotę od mojej psiapsiółki, musiało być do nowego mieszkania – największe i najcudowniejsze płatki śniegu, jakie w życiu widziałam, zmaterializowan baśń o królowej śniegu, śnieżynce, o wszytskim najpiękniejszym, co można w taką miodowo-śniegową noc wymarzyć. Wracałam pełna marzeń, radości i szczęścia z bałwana lepionego symultanicznie z Maelen (o dziwnie tym samym konturze śniegowego nosa) i z telefonu z kraju tak odległego, że Nowy Rok się tam spóźnia o godzinę. Powietrze pachniało zimą, szczęściem i obietnicą, a śnieg padał tak gęsty, że czułam, jak mnie otula i grzeje.
Najpiękniejsze są te chwile oczekiwania, kiedy wszystko można zyskać.

I najstraszniejsze, kiedy wszystko można stracić.

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Dublin nocą, kot na choince…

17 gru

Zachciało mi się trochę pomieszać w komputerze.

Fotogaleryjka Dublina nocą powstała w dniu 13 grudnia 2007 roku. Jest to bardzo szczególny dzień. W 1981 nie poszłam na łyżwy, które dostałam na imieniny (jeszcze raz dziękuję, moi drodzy :D). A 24 lata później wyszłam wcześniej z pracy, pod domem czekał Połowic z bratem, po chwili dobiegła do nas Maelen de Witch i pomaszerowaliśmy do Registry Office, które to opuściliśmy pół godziny później w celu udania się na pajntę (0,6 litra) Guinessa do pobliskiego mrocznego pubu, gdzie czekaliśmy 45 minut na zamówione frytki :) Tak to 2 lata temu zostałam legalną Mrs. Koticzka.


http://www.koticzka.boo.pl/dublin/dublin_gallery1.htm

A dwa dni wcześniej przywieźli nam choinkę. Taką dwumetrową, o:

Choinka

Kot wykazał nią żywe zainteresowanie w trybie atychmiastowym i zrobił na nią nalot. Nie mam pewności, czy to był nasz kot, czy po choince urządziło sobie berka stado wiewiórek…

Kot

Kot najpierw chciał zająć miejsce Mikołaja na czubku (Mikołaj zastąpił zeszłoroczną tradycyjną gwiazdę; jeszcze dopnę swego ;P)

Kot

Pangur od razu wyniuchał, gdzie będzie najbardziej atrakcyjnie. Te wielkie oczy to z ekscytacji drzewkiem i przestwianiem kanapy, bo choinka okazała się zbyt pękata :) Sama wybierałam! - nie wiem, jak mam to udowodnić, że kot był z racji drzewka szczęśliwy, może kolejne zdjęcie PO akcji o tym może zaświadczyć?
br>

Kot

Kot

A na deser chłopaki razem. Kot pomaga Połowicowi obsługiwać Xbox.

Kot 

Nowy edytor i system wstawiania obrazków w nowym panelu blog.pl to koszmar.

Wczoraj byliśmy na Xmas Party z dawnymi kolegami Połowica z pracy w naszym ulubionym pubie w Celbrigde, Mucky Duck (czyli Kaczka Utytłana w Błocie), fajnie było nawet, objadłam się salmona/łososia i tradycyjnego puddingu świątecznego. Dziś z kolei szwagierka nas zabrała przy pomocy męża jako kierowcy na jarmark świąteczny w Farmlea (cokolwiek to jest, to miało kształt dworku w Pheonix Parku, podobnego w stylu do pałacyku w Pszczynie, i nocował tam raz Clinton). Kilka straganów z jednej strony z irlandzkim jadłem (zakupiliśmy jakieś badziewie), w środku – festyn polski z chórem z kościoła dominikanów i wyżerk… degustacjąpolskiech potraw. Tyle faktów.
W praktyce chór był średniej klasy amatorszczyzną, nie umiem pochwalić, bom wybredna. Doceniam inicjatywę, ale emisja głosu żadna, interpretacja kolęd… żadna. Bezpłciowe totalnie w porównaniu z chórkiem naprawdę amatorskim, który śpiewał z drugiej strony wiązankę Gwiazdkową z werwą i radością. A Przybieżeli do Betlejem wyszło jak marsz pogrzebowy i to nawet nie Chopina :( Reszta kolęd miała takież tempo za to. Załamałam się – mimo tego, że niby to tu Święta mają charakter totalnej komercji, to na podstawie tego chórku ma się zupełnie odwrotne wrażenie. Za to wyżerka była fajna – wprawdzie jak się tłum rzucił, to nie tylko lediwem się załapałam na kosteczkę i plastereczek makowca (tycie były, ale jeszcze mi ślinka kapie, były jak należy, z wanilia i ze wszystkim) i kosteczkę serniczka. Rozdzieliliśmy się strategicznie z Połowicem, który usiłował nie dać się wypchnąć z kolejki po kawałek jakiegoś pasztecika podzielonego na czworo, a potem jeszcze dopchaliśmy sie po dokładkę ciastek :) Niestety, szwagierka z małżonkiem załapali się na pączki tylko i odmówili przełamania się z nami tymi kosteczkami, więc trzeba będzie im zrobić później kiedyś makowczyk (ślinotok mam w trakcie).
Różnica m. polską airlandzką tradycją współczesną Gwiazdkową polega na tym, że tu się urządza masowo przyjęcia Gwiazdkowe PRZED. U nas spotkania mają inny charakter i najczęściej mają miejsce w czasie pracy, nie PO.PO Gwiazdce następuje okres zabaw w okresie karnawału. Ty nie ma karnawału, imprezy są non stop, w tym w okresie postu, którego zasadniczo nie ma poza Wielkim Piątkiem. A nasilają się jako Xmas Parties około miesiąca przed Gwiazdką.
Dlatego świateczne akcesoria pojawiają się w pażdzierniku, bo potem już nie ma czasu na nic. I znikają wcześnie, bo po co dowozić później, jak nikt już nie chodzi po ozdoby tylko po prezenty. W czasie pracy najczęściej.
Co i ja będę musiała chyba uczynić… Kurdesz. No nie wiem, jak ja tej gimnastyki prezentowej dokonam <sciana>

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Errata

13 gru

W zyciu nalezy byc ostroznym i nieufnym. A kiepskie filmy typu gore zazwyczaj miewaja sequele. A glowny negatywny bohater sie czasem okazuje wcale nie martwy w kolejnym odcinku. A do dupy to wszystko :(

Ide zupe konczyc gotowac. Dublin noca tez bedzie – kiedys, jak mi sie znow cokolwiek zachce.

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Aniołek i piłka. Do metalu.

12 gru

Kiedy Mikolaj szykowal sie do swojej jazdy (wlacze z okazji Swiat polska czcionke), nie miał dobrego humoru. Renifery dostały wzdęcia, dwa okulały, a jedn się znarowił; elfy ogłosiły strajk z roszczeniami podwyżki, Pani Mikołajowa miała chyba ZNP (W JEJ WIEKU??!!), bo krzyczała z byle powodu i kłóciła się o wszystko, dostawa zabawek nie była przygotwana i groziło opóźnienie całej akcji. Więc kiedy do drzwi zastukał Aniołek i ze swoim błogim uśmiechem wyrecytował śpiewnie:
„Drogi Święty Mikołaju, w te radosne Święta Bożego Narodzenia oto przynoszę na znak pokoju i radości tę śliczną choinkę. A teraz powiedz, co mogę dla Ciebie zrobić, może masz jakieś życzenie?”
Świętemu Mikołajowi na ten radosny, pogodny i odświętny widok przyszła do głowy tylko jedna myśl:
„Wiesz co, Aniołku? A wsadź Ty sobie tę choinkę w…”

I tak oto zrodziła się tradycja oadzania na czubku choinki aniołka.

Dziś chyba nie, chociaż ze mną czasem nie wiadomo… Ale taka śpiąca jestem… UAAAAaaaaaaaaaaaaa!!!!! Może jutro wrzucę zdjęcia naszej choinki. Jest śliczna i zajmuje około 1/4 pokoju. Dekoracje na zdjęciach będzie można poogladać ;)

Niespodziewajka – blog.pl zmienił wygląd i dołożył parę funkcji. Troszkę wygodniejsza obsługa, ciekawe, jak będzie z szablonami…
Nadal nie widzę opcji załóż licznik. A powinna być, zdecydowanie ;) Ale może ja ślepa jestem.

Poza tym w pracy po ostatnich dwóch koszmarnych tygodniach totalna demotywacja. Szefostwo poszło na wakacje, bo wg nowych zasad nie można zachować więcej niż 5 dni wakacji na następny rok, a i to tylko do kwietnia bodaj. Nowe przepisy się wzięły ze zmiany właściciela i fuzji z inną instytucją. Czy ja muszę coś dodawać na temat dublińskiej masakry piłką ręczną do metalu? Mnie Kierownik uspokoił był razem z dwoma innymi osobami na samym początku, znaczy po oficjalnym ogłoszeniu na zebraniu. A że ja wiedziałam od poniedziałku 24 lipca, to inna rzecz – wtedy ogłoszono transakcję. Szef się kazał nie przejmować, więc się starałam. Kierownik jest cwany. Wiedział, że coś się święci już prawie na początku roku, chociaż niby za krótki jest, a przecież on wie więcej niż nasza Główna Kierowniczka niby bezpośrednio u źródeł. Facet jest niesamowicie inteligentny, podejrzewam, że to ukryty geniusz, który ma swoje cele zawodowo-prywatne i się spełnia wesoło. Statystycznie polecieć miało 15%. Od nas najmniej – poleciała tylko moja polska koleżanka (Ale dlaczego ONA, na rany Merlina, tego chyba nie rozumie nawet ten, co ją zwalniał do końca) i nasz irlandzki kolega, który miał szczęście, bo musieliby go chyba dyscyplinarnie pożegnać. A na koniec powiedział, że już musi iść, bo na 3 ma być w agencji, a przyszedł był na 2 podobno. I poprosił o referencje. Moją starszą stażem koleżankę zatkało. A w całej swojej delikatności coś tam nabazgroliła. Powinien pracować w irlandzkim urzędzie podatkowym. Albo nie, tam czase coś trzeba zrobić, może w irlandzkiej policji? To kolejna masakra – tłuczkiem. Do mięsa. Poklepują samochody, które stoją przy czerwonym świetle na środku przejścia dla pieszych i ostregają, żeby nie skręcać TAM, bo jest zamklnięty ruch. Za ich plecami taksówkarz jedzie pod prąd, muszą widzieć, bo nie mają klapek na oczy, a plecy są umowne. Na skrzyżowaniu koło głównego i jedynego dworca autobusowego, gdzie jest duży ruch, pogięte rozjazdy w niezrozumiałych do końca kierunkach i dwie dwukierunkowe linie tramwajowe TRZY SAMOCHODU przjechały spokojnie na czerwonym przez skrzyżowanie, tory i przejście dla pieszych. Tak, na czerwonym dla nich, a co. Policjantak się przygląda i nawet nie macha dla rozgrzewki. Po co, ciepło akurat było. Tak se przejechały na oczach jej i pieszych, którzy i tak są tu dyskryminowani. Dobrze że NA, a nie PO oczach, nie?

A teraz się będę denerwować, bo mam ocenę okresową mieć przed końcem roku. Może jednak Kierownikowi się spodoba, że ma urlop :) A ja spróbuję nadrobić moje zeszłoroczne cele? Z tą przedświąteczną motywacją? Życzcie mi powodzenia.

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Mrówki

09 gru

A jednak! Mrówki mają mięśnie, przyczepione do pancerzyka, bo nie mają szkielecika.
Się naszukałam po sieci :P

A propos poprzednich wypocin; zadał mi znajomy pytanie nie tak dawno (jakieś dwa miesiące temu to było?) – jak długo można walczyć z przemijaniem? I czy należy walczyć, czy się pogodzić?
I wraca ono do mnie co jakis czas, bo mam wrażenie, że walczę z tym przemijaniem, i że nie chcę tak naprawdę się z nim pogodzić. I na dodatek, że sama przed sobą to ukrywam. A że jest we mnie jakiś pęd do walki z zakłamaniem i mizerią intelektualną, sama sobie walkę wytoczyłam i dociekam. Nie wiem jeszcze. I jeszcze Połowic znów zaczyna konwersację, jak to zwykle, kiedy zaczynam się rozkręcać, wyczucie ma niesamowite.
Kwestię tego, kto wygrywa, kiedy człowiek walczy sam ze sobą pozostawię Sz. P. T. Czytelnikom, jako że ja już z tym tematem się kiedyś zmogłam (rozwiązania brak, ale wiele pytań zawisło w powietrzu).
Na razie doszłam do takiej konkluzji, że moje życie było bardziej związane z internetem, niż się spodziewałam. Czuję to, kiedy zaczynam się mieszać w niektóre tematy. Ponadto sama siebie wyrwałam i to z korzeniami.
Kiedy się jest świadkiem zmian, partycypuje w nich, o wiele łatwiej je zaakceptować, przyswoić, ale kiedy nagle po jakimś czasie nieobecności stajemy z nimi twarzą w twarz, to ciężko wręcz uwierzyć czasem w nowy stan rzeczy. Nie mam problemu z zaakceptowaniem zmian w Dublinie, Irlandii, których świadkiem mi dane być przez ostatnie już prawie trzy lata… Jakże ten czas leci – a ja ciągle tu się obca czuję, nie u siebie i nie widzę, żebym się zbliżyła do takiego stanu. Jest we mnie poczucie tymczasowości i zawieszenia. Chociaż staram się, żeby nie wpływało ono na moje decyzje i styl życia, to jestem świadoma, że nie mogę owego wpływu uniknąć. Idę z czasem (odczucie, że idę pod prąd ogranicza się do walki z przeciwnościami losu, choć słyszałam parę miłych komplementów – dziękuję serdecznie, miło mi bardzo). bserwując te zmiany mam wrażenie, że wiele znich jest na lepsze.
Ale te, które zobaczyłam nagle odczuwam jako zmiany na gorsze. Czy dlatego, że nei miaąłm czasu do myśli przywyknąć, dostosować się i przejść przez etap okresowego pogorszenia, który zwykle poprzedza czas, kiedy zmiana sie stabilizuje i faktycznie poprawia sytuację? A tak, tak, jest coś takiego jak cykl wprowadzania zmian. I jest coś takiego jak odrzucenie zmiany, czasem w wyniku braku jej akceptacji. Ten cykl jest płynny. Zdaje się, że to, z czym mamy do czynienia w przypadku mojego doznawania zmian to funkcja dyskretna (nie jestem pewna, bo minęło już parę latek od ostatniego użycia przeze mnie tego wyrażenia).
Jak taka mrówka natrafi na zmianę, to też przez chwilę próbuje ją pokonać dawnymi metodami – kto wie, ile to w poczuciu mrówki trwa?

A wracając do tych mięśni – mrówka jest najsilniejszym znanym stworzeniem na Matce Ziemi. Potrafi udźwignąć ciężar stanowiący wielokrotność ciężaru jej ciała – znów szczegóły mi umykają. A pchła najwyżej skacze, na tej samej zasadzie.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Rzecz o elegancji

09 gru

Z pamiętnika nastolatki. A może dwudziestolatki nawet, Trudno określić… Czy to ładnei tak obgadywać ludzi, piszących blogi, obnażających przed czytelnikami siebie, swoje poglądy i myśli…? Nie, na pewno nie.

Podczytuję sobie parę blogów i zastanawiam się, jak bardzo nie zauważyłam, że świat się zmienia podczas dwuipółrocznej nieobecności w sieci. Generalnie społeczeństwo nam głupieje, im młodsze tym większy stopień zacofania można zaobserwować; ładnie równamy do średniej w Europie zachodniej. Zeżera nas komercja – jest jak zakaźna choroba. Jeśli czegoś nie ma w TV albo internecie, to znaczy, że to nie istnieje („Jest Lądek, Lądek Zdrój, nie ma takiego miasta jak Londyn” ciekawe, ilu młodych rozpozna taki cytat).
Z drugiej strony, pamiętam jeden cytat z książki nt. marketingu, nie pamiętam autora, niestety. Twierdził on, że od dziesiątek lat nic się nie zmieniło: nadal kiedy się budzi, myje zęby, je na śniadanie płatki, goli się przed wyjściem do pracy. Zmieniły się tylko marki produktów. Mimo wielkich zmian w zakresie komunikacji (w tym telekomunikacji) na razie mniej więcej nasze życie wygląda podobnie, jak naszych rodziców. Następuje wprawdzie dramatyczna liberalizacja obyczajów w sensie wykonywania pełnego makijażu nie tylko w samochodzie (specyficznym przedłużeniu domu), ale i w autobusie. Wprawdzie słyszałam o przypadku faceta, który zabrał ze sobą telewizor przenośny, zakupił calodzenny bilet i jeździł do wieczora na tylnym siedzeniu, ściągnąwszy buty i oparłszy kulturalnie (by nie rzec… elegancko…) nogi na siedzeniu naprzeciwko. W autobusie było cieplej niż u niego w domu, a wpadł w tarapaty finansowe :( Na razie rekord pobiła dla mnei panienka, która wyciągnęłą sypki puder na przyjęciu Gwiazdkowym (30 listopada…. sic!.) przy stoliku i pociągnęła tym pudrem po całej twarzy podczas przemówienia inaugurującego. Wokół niej siedzieli elegancko ubrani panowie w smokingach i muszkach (jeden nawet miał Gwiazdkowo czerowne skarpetki :D), niektóre panie w długich sukniach, szampan itp. Obsługa sali układała nam serwetki na kolanach. Zastanawiałam się, czy założą mi śliniaczek i czy nie wystarczy obiecać, że będę uważać. Potem ta sama obsługa pokapała białe obruzy czerwonym winem ;> Nie wiem, czy to układanie serwetek to drwina, czy ja taka jestem nieobyta, ale z takim czymś spotkałam się po raz pierwszy i jak dotąd jedyny – w Irlandii. A jadałam nie tylko w McDonaldzie. Właściwie w McDonaldzie właśnie nie jadam, ale nie ma to nic wspólnego z jakkolwiek pojętą elegancją ;P
Wśró tego całego zamieszania na jedną rzecz niewątpliwie i niezmiennie można liczyć. Na arogancję nastolatków (bez względu na formalny wiek autorki…):
Dziewczyna, która ma metr siedemdziesiąt boso, a przeważnie nosi wysokie obcasy, może sobie pozwolić przynajmniej na wymagania dotyczące wzrostu.
Kurduple nie mogą. Jak ja to zrobiłam z moim metrem pięćdziesiąt i pięć, że moi faceci mieli powyżej 1,80m, tego żaden historyk nie rozstrzygnie. I wbrew pozorom nie leciałam na ich szerokie ramiona ani mięśnie. Śmieszne, że nie była to również niesamowita inteligencja, która jako jedyna cecha działała na mnie jak szampan na przeciętny umysł. Mój jest nieprzeciętny pod tym względem, bo na mnei alkohol działa w znikomym stopniu – robię się senna (ostatnio), nawala mi błędnik, przytomność zachowuję niestety pełną, podobnie jak pamięć. Np. pamięć wydarzeń, jak raz się usiłowałam spić ostro na Sylwka z rozpaczy i nic a nic z tego nie było, oprócz leżenia na podłodze wskutek zawrotów głowy (i kompromitujących zdjeć), pamiętam też (na szczęście mniej) kaca na następny dzień. Chociaż jedne zakrawał trochę na księcia z bajki, tylko potem się okazało, że mu się wszystko, jak sam przyznał, popieprzyło. No fajnie, że się przyznał, bo od tego momentu przez trzy miesiące wszystko się spieprzyło doszczętnie, przynajmniej w moim życiu. Na szczęście się potem naprawiło i teraz się pieprzy inaczej, odstukać, bo to jest do opanowania jak na razie (tfutfutfu).
Wysokie obcasy… Tak, to jest ciekawostka. Na wysokich obcasach na głównych ulicach Dublina można co najwyżej wywinąć patriotycznego orła bielika i rozbić sobie pysk. W ostatni piątek – na płaskim obcasie mało nie pojechałam wprost pod samochód, bo nie dość, że płyty mają gładkie i śliskie (i mokre, i pokryte liśćmi opadłymi z racji, że jesień), to jeszcze na przejściach wpieprzył jakiś geniusz (pewnie irlandzki) metalowe bolce. Śliskie, a jak fajnie się po tym chodzi na obcasach. Wysokie obcasy zmuszona byłam włożyć ostatnio, bo wszelkie irlandzkie buty mi przemakają, a polskie się pokończyły – z małymi wyjątkami na wysokim obcasie. Panuje obecnie moda na szpilki, więc moje koleżanki namiętnie pokupowały całe kolekcje i paradują w nich po biurze. Po pracy przebierają się w tzw. adidasy (runners) albo równie modne na irlandzkich ulicach roczłapane walonki. A w czasie pracy pod biurkiem możnadostrzec, jak dyskretnie zsuwają je i siedzą na bosaka. Tak, wysoki obcas zobowiązuje. I mnie się zdarzało, jak nikt nie widział, po kilkunastu godzinach biegania (w tym dosłownie). Parę razy. Teraz po prostu unikam, jeśli wiem, że mam dzień chodzenia. I w ogóle unikam, buty na niskim obcasie też są eleganckie. A szpilki niewskazane są przez protokół dyplomatyczny. Zresztą – w imię czego cierpieć, na Merlina??? PO CO???
W towarzystwie pełna elegancja – krawaty, napiwki, dojrzałe dyskusje, a jednak nie podziwiam ich. Spuszczeni ze smyczy, uśmiechają się cynicznie i bawią się w artystów mierzwiąc sobie włosy, klnąc i pijąc wino najgorszego gatunku. Jest w tym coś oślizłego. Nawet, jeżeli nie jestem warta zmian i zachodu, zbyt wysoko siebie cenię, żeby polecieć na księcia z bajki.
Krawat i napiwek są bezsprzeczną oznaką najwyższej elegancji. Bez elegancji nie możnna prowadzić dojrzałej dyskusji.I wreszcie: w tym rzecz, że faceta należy za mordę trzymać, za ten krawat. Jak chce sobie pohulać, to można mu grę odpalić na Xboxie, niech się zamienia bezkarnie w gangstera. Żadna bohema nie wchodzi w grę! „To kabaret „Owca” czy mój dom?!” jak pisał Młynarski do Walca Minutowego Chopina zresztą. A książęta z bajki masowo zamieniają się w oślizłe bestie nocą. Porzucają ramy savoir-vivre’u i zaczynają się zachowywać jak samce, dając upust całej mocy swojej fizjologii z naciskiem na słaby układ trawienny.
Ja nie wiem, co ja się tak czepiam, no. Starzeję się. Poza tym się denerwuję lotem O_O

O kurczaki. Może ja elegancko dziś zrobię obiad, bo Połowic go robi przez resztę tygodnia. Tak elegnacko po partnersku w dbałości o mojego ukochanego samca.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Zwyciezylam z Nortonem

09 gru

Patrz linki IT :)

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Commuting czyli kradziez zycia

05 gru

Przez wies nasza autobus stal (mam sklamac, ze jechal?) jakies 40 minut, potem inteligentnie sie chcialam przesiasc na Xpresowy – ktory sie byl nie zatrzymal uprzejmie z racji, ze przepelniony (jeszcze by mozna tam pol 2 roku OiZ zmiescic…), wiec czekalam na nastepny, ktory byl uprzejmy jechac w miare normalnie (zamiast sie spieszyc z racji, ze spozniony) – spotkalam szwagrostwo i stracilam miejsce siedzace, ale zyskalam stojace kolo grzejnika, co mi na dobre wyszlo, bo czekajac na przesiadke przewialo mnie razem z kozuszkiem oryginalnym moim zimowym polskim. Ale cieplo jest, tylko wieje. A potem autobus utknal przed moim przystankiem na 10 minut bez wyraznego powodu.
Koncze Prawde Pratchetta. Jutro chyba wezme dwie ksiazki, bo przy takim korku rano skoncze jedna i zaczne druga…

A jeszcze te palanty bez wyobrazni w tych wybrakowanych samochodach zamiast podciagnac, zeby bus wypuscic, stojo se i w nosie dlubio. Totalny brak wyobrazni i przewidywania. To tlumaczy, dlaczego sie zadluzaja zamiast oszczedzac ;> Ale to juz genetyczne wady, nie do odrobienia. A kot, ktorego zapomnialam wykopac na noc, a potem mi sie nie chcialo spod koldry rusza o godzinie 3 rano dal koncert wspanialego, namietnego mruczenia. Krotki i raptownie urwany zreszta.

O masakrze bedzie, jak sie skonczy – po 8 grudnia.

Mikolajki tuz tuz, a ja nic :P

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS