RSS
 

Archiwum - Luty, 2006

Wredna notka prowokacyjna bez blizej okreslonego celu

28 lut

Koticzka se da rade.
Koticzka zawsze daja sobie radę. Łatwiej by jej może było, gdyby się dowiedziała, czego od życia właściwie chce; ale zawsze jakoś spada na cztery łapy. I sama sie czasem określa kotem. Koticzka chwali się, że ma wspaniałych przyjaciół. Kocha ich i jest od nich uzależniona emocjonalnie. Nawet kiedy oni o Koticzce już zapominają, Koticzka ciągle o nich pamięta. Nawet jeśli nie dają więcej znaku życia niż te maile wysyłane automatycznie do całych grup ludzi (w tym do Koticzki, o czym sobie przypomną, jak się mail od serwera może kiedyś odbije).
[ ale sypie, biała ściana śniegu... ]
Koticzka sama sobie jest winna zresztą, bo sama co robi więcej, niewdzięcznica? Pamięta? Phi, to za mało, wymaiwa sobie Koticzka w krótkich wolnych chwilach między sprzątaniem po szwagrze i przed Połówkiem, między momentami dbania o house i o Połówka, między pospieszną lekturą ogłoszeń o pracę a pójściem do łóżka, żeby móc się wyspać przed obecną pracą, całkiem fajną, gdzie Koticzka nie wie, co robić, bo myślała, że wie, ale się najwyraźniej pomyliła, bo do tego wynajęto innych ludzi. I którą to straci w połowie kwietnia, bo wynajęci ludzi spaprali projekt, który Koticzka zaczęła opracowywać, ale nikt na to nie zwrócił uwagi, łącznie z szefem, który poklepywał Koticzkę po plecach i mówił „great stuff”. Jemu chyba chodziło o jego staff, ale Koticzka za późno się zorientowała i zastygła na żywo na wdechu.
Koticzka ma się świetnie u boku męża – z tą drugą nogą finansową, która uniosła ciężar życia, niełatwego dzieciństwa, trudnej dorosłości i naprawdę cholernie ciężkiej pracy, a nie zniosła chyba Koticzki, bo się zaczyna zdrowotnie łamać na tle nerwowym, z tą nogą finansową, za której szpitalny rachunek Koticzka zapłaciła w zeszłym tygodniu kapitalistyczny rachunek, bo finansowa noga jako złamana została automatycznie pozbawiona wynagrodzenia jako że zadania zawodowe nie zostały zrealizowane. I w ten sposób przewidywane spotkanie z przyjaciółmi się niestety odwlekło na czas nieokreślny.
Koticzka wie, że marudzi. I bardzo tego nie lubi. I nawet mniej więcej wie co miałaby zrobić, by się tego marudzenia mogłaby pozbyć. Tylko ni chu-chu nie wie, jak tego dokonać. Koticzka chciałaby na urlop, tak jej podpowiada koleżanka i Koticzka przyznała rację – bez biegania od jednego spotkania na drugie z wywieszonym jęzorem i przede wszystkim bez karmkołomnego załatwiania spraw po polskich urzędach. Ale Koticzce zależy na spotkaniach, a w urzędach pozałatwiać trzeba. Koticzka chce do domu, bo tu się w domu nie czuje. I Koticzka się boi, że kiedy wróci, nie bedzie już tak naprawdę do czego. Ktoś powie – to jest życie.
To jest życie?? Nie. Nie jest.
Jak pisał Demetrios (kolega, nie wódz) – życie to nie jest łapanie oddechu, ale to, co nam ten oddech wstrzymuje. Ale może niekoniecznie ciągły strach.
A przecież wcześniej nie było tak strasznie i jakoś więcej śmiechu i radości było i życia, i wyjść z przyjaciółmi, to do kina, to na kręgle (ha-ha-ha), to na piwo… A z tymi przyjaciółmi to nie tylko się na piwo chodziło, balowało, paliło, tańczyło, z nimi się góry, a nwet i ludzi przestawiało! Tacy to byli, że w biedzie wsparli, a przynajmniej na jakieś piwo się poumawiali.
Tym swoim przyjaciołom Koticzka powinna buty czyścić i śniadania do łóżek przynosić. Może by to nawet robiła, i to z przyjemnością, gdyby nie to, że w tej chwili dzieli Koticzkę od przyjaciół bagatelny dystans mórz i lądów o szerokości około 2 i ½ tysiąca standardowych kilometrów w linii prostej. Z tej odległości ciężko domagać się nawet uwagi, tym bardziej, że Koticzka niewiele ma do powiedzenia poza trzeszcząco-piszczącymi odgłosami pękającego stęsknionego serca, które dodatkowo piszczy ze strachu przed tak bardzo obcym światem.

Ale Koticzka da sobie radę…

Więc czego właściwie chce Koticzka, pisząc tę notkę? Może tylko tego, żeby się nie odwracali ci, na których Koticzce tak bardzo zależy. Zwłaszcza wtedy, kiedy Koticzka stara się ich wesprzeć. Bo to już naprawdę za dużo do uniesienia dla Koticzki. Nawet jak coś głupio chlapnie – żeby rozumieli, że to nie złe intencje, tylko wrodzony wdzięk Koticzki. A jak ktoś nie wierzy, niech mi spojrzy prosto w oczy, sam zrozumie, że pewne rzeczy nie są specjalnie i z premedytacją.

A na dodatek nie mam maŁego Ł i muszę zamieniać, bo gŁupio duże wygląda.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Logika poza/rzadowa

27 lut

Krajowa Izba Gospodarcza popiera wprowadzenie rozwiazan podatkowych, które premiowalyby rodziny z dziecmi. Zwracamy jednak uwage na brak srodków na wspomniany cel w budzecie panstwa.
I jeszcze wytykaja, ze gorzej jest tylko w Slowenii, Czechach. No tak, bo wszystkie dzieci pojechaly zarobic na wnuczki do Irlandii! Zarobia na dodatku socjalnym na dzieci.

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Paczkowcy wszystkich krajow – spiknijmy sie w walce z depresja

23 lut

Dzis Tlusty Czwartek. Oraz Ogolnopolski Dzien Walki z Depresja. Pasuje, niewiele jest rzeczy lepszych na zly humor niz porzadny paczus. Teskni mi sie za niepowtarzalnym smakiem paczkow z piekarni na rogu. Musza wystarczyc TESCOwe, nic bardziej atrakcyjnego w poblizu nie znalazlam, nic to, na bezrybiu i Tescowe produkty zoladek zapelnia (obok TESCO jest sklep rybny, by the way).
Ale jest taka budka niedaleko Spika z paczkami angielskimi – malutkimi, z przepisowa dziurka – ktore smakuja dokladnie tak jak te z Monciaka Sopockiego – a z nimi wiaze sie sto tysiecy wspomnien siegajacych od dziecinstwa az po wiek zwany dojrzalym. Mniejsza o wiekszosc – ale ten smak!
Spike za daleko. Czy to od niego pochodzi slowo spiknac sie – czy odwrotnie, nazwali go Spike, bo to chyba glowne miejsce spikniec (i pozniej sprobuj kogos znalezc w tym tloku, mozna fortune stracic dzwoniac do osoby stojacej dwa kroki dalej).

Procz tego – przeglad newsow – Polacy blokuja podwyzki plac w Norwegii. Chyba nie tylko.
Poles go home, dajmy zyc emigrantom ;>
Dzien Paczka – Dniem Leczenia Depresji Zlosliwoscia. Przejdzie mi, jak Irlandzka kolezanka powroci z dostawa paczkow. Paczkowcy calego swiata – laczmy sie! Chocby wirtualnie.
Juz nie moge.
Paczka!!!! PACZKAAAAAAA!!!!!!! :)

Przypomnialam sobie boskie paczki u naszej kochanej Owcy nieco wiecej niz rok temu. Tez byl Tlusty Czwartek. Nie podolalysmy wszystkim. A potem… polecialysmy… Jak ja dzis zaluje tych niezjedzonych. I nie tylko ich < przytul >

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Niewielki, z drewna, lecz podmurowany…

22 lut

Juz z daleka widnialy pobielane sciany
tym bielsze,ze od ciemnej odbote zieleni
brzoz, co go chronia od wiatrow jesieni…
No, jakos tak.

Ale ja chcialam zaapelowac – czy ktokolwiek slyszal, ktokolwiek wie – jaki jest rzad ceny za takie cos?
Domy Mazurskie – kryptoreklama
Jakies opinie? Rozmarzylam sie. I jak ja mam teraz pracowac.

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Ojczyzna – tam toczy sie zycie…

17 lut

Otrzymałam wiadomość od znajomych wiadomość, że w Polsce Sejm przeznaczyl 20 mln złotych na budowę Świątyni Opaczności.
Długą chwilę zastanawiałam się, o jaką chodzi – Opacznosci czy Opatrznosci? Bo mi obie pasuja.
Po tej kadencji to tylko Opatrzność może Polskę uratować. Więc jak najbardziej patriotycznie wzywam cały naród do wsparcia tej inicjatywy!

Z tego samego źródła pochodzą rozważania – czy Kaczki dopadnie ptasia grypa?

W ptasiej grypie najgorsze są ofiary wśród drobiu, konsekwencje dla sektora rolniczego i dalesze oraz panika. Biorąc pod uwagę dość ściśle ograniczone drogi zarażenia się ptasią grypą i opinie ekspertów-lekarzy, sugerowałabym regularnie myć ręce i nie tylko, zachowywać starnną higienę osobista, nie jeść na razie kogla-mogla, albo pić go w postaci ajer-koniaku (cenzura to powinna wyciac – kryptoreklama, alkoholu i w bialy dzien). Jak po ajer-koniaku nie będziemy gasić pragnienia z wazonu, to jakoś przeżyjemy. No nie?

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Motyl

16 lut

Pewnego dnia zauważyłam plamkę na ścianie. Sądziłam, że to pajęczyna. Nie sposób sprawdzić ani usunąć – plamka pod samym sufitem, chyba ze 4 metry nad powierzchnią w korytarzu, który w tym miejscu przypomina mroczną studnię. Tapety ciemne, więc nigdy nie było widać wyraźnie, cóż to za dziwo. Kiedy malowaliśmy korytarz (malowaliśmy tak, że ja machałam pędzlem, a Połówek czasem trzymał drabinę, ze dwa razy zamieniliśmy się rolami – nie wyszło), Połówek wspiął się i strącił to coś, co okazało się motylem. Motyl z wdziękiem sypnął się na ziemię. Jakież szanse miała bieda krucha istota po paru miesiącach hibernacji, a w korytarzu tak jakby temperatura poniżej letniej.
Pochyliliśmy się nad biedakiem, żeby podziwiać jego skrzydła – takie delikatne i koloro – motyl drgnął.

Motyl żył.

Posadziliśmy go na kwiatku w słońcu w dużym pokoju, tuż obok niego pomaźgrałam kwaitka wodą z miodem rozpuszczonym i poszliśmy malować dalej.
Motyl żył. Następnego ranka motyl trzepotał energicznie skrzydłami w październikowym słońcu i stukał w okno, żeby go wypuścić. Wierzę, ze wolał cierpieć przymrozek i zginąć wieczorem na wolności niż dogorywać w ciepłym, przytulnym zamknięciu. Najważniejsze i najbardziej zadziwiające było, że żył. A bolesne, że całe swoje najpiękniejsze dni – całe lato – stracił.

Trudne są do opisania różnice kulturowe, tak samo jak trudno jest zrozumieć subtelne rozróżnienie między wiedzą, że nie da się opanować do końca obcego języka, jeśli człowiek nauczył się myśleć i żyć w jednym, a zrozumieneim DLACZEGO. Są to te niuanse słów, takie jak rozróżnienie między wiadrem i kubełkiem. Z tą subtelną, dodatkową różnicą, że są one absolutnie niewytłumaczalne i nieskończone w swojej liczbie i mnogości.
I teraz nagle okazuje się, że te różnice sięgają głębiej – są te narody niby takie same, a przecież subtelnie różne w niuansach, tak jak różni się smuga mgły od smugi dymu; pogłębione jeszcze o różnice międzyludzkie i międzypokoleniowe.
Pracuję w pokoju z trójką Irlandczyków. Przypominają mi trochę mnie sprzed dziesięciu lat – taka między nami różnica wieku. Ja się wypaliłam, czuję się zgorzkniała i cyniczna przy ich entuzjastycznym podejściu. Czuję się jak uboga krewna, bo nie mam dziedzictwa, jakie dla nich jest oczywiste – mojego pozbawiła mnie w dużej mierze wojna i rewolucja październikowa (z konsekwencjami odczuwalnymi 22 lata później). Pamiątek rodzinnych i solidnego miejsca w wielowarstwowym układzie klas społecznych, zacięcia, żeby wdrapać się do wyższej warstwy, odpuszczę sobie wywody dlaczego, to już zbyt osobiste. Pozbawiła mnie historia uprzedzeń, a dała w zamian otwartość, dobre wykształcenie i tak bogate doświadczenia, zwłaszcza w zestawieniu z tubylcami-Irlandczykami, że woda sodowa mi uderza do głowy, przyznaję. Dała mi swoistą twardość charakteru, jak twarda jest skorupa żółwia, z miękkością tego, co jest pod dnią. Rozpuścił mnie los przyjaciółmi i wartościowymi ludźmi napotkanymi w życiu, szeregiem wspaniałych zrządzeń i przypadków w historii mojej kariery zawodowej. A natura dodała od siebie uwrażliwienie na istnienie niuansów, pozbawiając umiejętności sprawnego poruszania się w nich. I dał mi los wewnętrzną młodość.

Konkluzja jest taka, że stałam się zakompleksioną megalomanką na emigracji, w kraju, gdzie Polacy dorabiają się, by zostać bogaczami w ojczyźnie, w sytuacji, gdzie zaczynam dużo niżej, niż kiedykolwiek zaczynałam w Polsce. Nie chodzi mi o sławetne i ogłupiające doszczętnie zasuwanie w kantynie, ale o udowodnienie własnej wartości i braku przepaści w stopniu rozwoju krajów. O zniszczenie i wyrwanie z korzeniami przesądów o wyższości Zachodu nad resztą świata – nawet jeśli jest w tym więcej niż szczypta prawdy. Z duszy towarzyskiej i rozbrykanej nagle stałam się odludkiem i samotnikiem z goracym pragnieniem odizolowania się od wszystkich, włączywszy w to Połówka. Stałam się własnym przeciwieństwem, pogubionym i znużonym i zniechęconym do nowoczesności świata. Postarzałam się. A wszak nadal młoda i niewinna się czuję przy tych dojrzałych i świadomych, zdecydowanych młodych i przebojowych ni–to-gniewnych, ni łagodnych. Ciągle jeszcze wiem – jest szansa, że od-rosnę. I polece, nawet jesli to bedzie moj pazdziernik.

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Wystarczy byc?

13 lut

Z ostatniej chwili – moj szef myslal, ze jestem bardzo zajeta. Nie wiem czym. Wniosek: nadal robie dobre wrazenie. I to jest wlasnie sprawiedliwosc spoleczna: zeby placic za to, ze sie jest (po to, by byc, nie po to, by miec).

Gorzej, jak on sie polapie, ze zycie nie jest sprawiedliwe.

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Wizualizacja

13 lut

No dobrze. Wierze w wizualizacje. Zainspirowana w ramach przypomnienia, ze istnieje takie zjawisko, przykladem Sistermoon chcialam sobie zwizualizowac godziwe warunki i swietlana przyszlosc, skoncentrowalam sie i…. I fajnie, ale co ja sobie mam wizualizowac? W praktyce – konkretnie – CO? Bo taka wizualizacja to musi byc oparta jednak na czyms wiecej niz fraza, ktora jest – o zbiegu okolicznosci! – tytulem poradnika dla kobiet, ktore cos by chcialy – „I don’t know what I want but I know it’s not this”.
A ja nawet tej ksiazki nie nabylam. Moze bedzie w Easonsie. Chyba zamykaja o 20:00. O ile nie zapomne :)

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Irlandii nie gratulujemy. Nie ma czego.

08 lut

Mam zrobic notké z zebrania na temat:
What we want to do.

„Come back to old rubbish in Poland.”

Często bywałam rozczarowana szefami, ich krotkowzrocznością, ostrożnością i brakiem zainteresowania dla moich pomysłów, a potem/przede wszystkim – upokarzaniem mnie i traktowaniem jak przysłowiową blondynką.
Zasadniczo miałam właśnie do czynienia ze sceną z Misia, właściwie dwiema skompilowanymi – z pisaniem piosenek o trasie Łazienkowskiej – w połączeniu ze sceną, jak polanowali przedsięwzięcie MIŚ i wynajęcie helikoptera, gdzie tym tłumaczył Kowalewskiemu, na co go nie stać.
Mnie nie stać emocjonalnie na traktowanie mnie jak ubogiej i ciemnej krewnej. Nie umiem poradzić sobie z sytuacją, gdzie wreszcie się przejęłam, nawet trochę ucieszyłam, że jest coś do roboty, posprawdzałam, myślałam, że w najgorszym razie będę odpytywana ze szczegółów przetargu – PRZYNAJMNIEJ tyle. Się zebrali, pogadali ze sobą siedząc rozparci na stołkach, z rękami za głową i skończyli zebranie.

Mam ochotę się przekwalifikować na konktrolera. Na auditora Unii Europejskiej. Pożygałabym się ucząc, ale jaka satysfakcja na końcu, zwłaszcza że wiedziałabym czego szukać…

Już dawno się nie czułam krawężnikiem.
Dziękuję Ci Irlandio.

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Szuflandia

06 lut

Jestem dziś wyjątkowo nieodporna na glupotę i mylne informacje, w tym niekompetentne i fałszywe dane w opracowaniach unijnych. Np. takie jak to, że w krajach wysoko rozwiniętych istnieją mocno rozbudowane narzędzia stymulujące odpowiedzialność społeczna przedsiębiorstw (CSR – Corporate Social Responsibility)), a w tych mniej rozwiniętych – nie ma. I chyba mieli na myśli nasz kraj, moją ojczyznę, jakby nie było. No pewnie, cały złożony system ulg podatkowych związany z darowiznami i możliwością wpłacenia części durnego podatku na koniec roku na rzecz jakiejś instytucji – to niby większy pic na wodę niż ich imprezy? Które zresztą u nas też są. Pomijając fakt, że NIEodpowiedzialność społeczna tutaj jest po prostu ukryta albo tak zmajstrowana, że nie widać. Albo im się nie chce walczyć, bo nie warto – np. bezrobocie jest tu na tyle niskie, że można po prostu tę pracę zmienić i to jest przyjęte; i oczywiście dużo łatwiejsze, niż walka z nieodpowiedzialnym społecznie pracodawcą. Mam wrażenie, że u nas, w mojej ojczyźnie niezmiennie, chyba łatwiej się domagać o swoje, wychowując przy tym pracodawcę społecznie niż zmienić pracę.
I to ma być ten słabiej rozwinięty system?
Wiem, rozumowanie przewrotne i opierające się w większości na przkonaniu, że maja o nas kiepskie – i jakże okropnie, wrednie błędne, zaniżone zdanie. Ale nie wymagajcie ode mnie sprawiedliwości po zarwanej nocy pełnej stresu, w poniedziałkowy poranek po zebraniu na którym chwali się oprogramowanie, którego konkurencji prezentację zaliczyłam jakieś – niech pomyślę, 2002, mamy 2006, cztery lata temu w Polsce, w moim zaściankowym mieście. A którego polski odpowiednik ćwiczyłam od 2003 w ramach darmowego próbnego pakietu – i było prostsze i miało elementy, jakich tu nie widziałam. A żeby było śmieszniej, patent na to ma niewielka, paro-osobowa firemka, która rozwija się zdecydowanie nieproporcjonalnie wolno w stosunku do pomysłowości właściciela, którego do dziś bardzo lubię. Facet ma problem ze sprzedaniem pomysłu, bo wygląda normalnie i nie mówi językiem penym terminów ekonomicznych i technicznych, tylko normalnie, po ludzku. Ale to już nie jest problem mojej, jakby nie było, ojczyzny, tylko powszechnej na całym świecie ułomności – krótkowzroczności, naiwności i może zaniżonego poczucia własnej wartości – w stosunku do tych, którzy sprzedają nam głównie bełkot.
Nie? A Microsoft? :P

Obserwując samą siebie i zachowania rodaków przychodzi mi na myśl, że najwiekszym picem na wodę i bełkotem jest nasza Największa Ojczyzna (por. niemiecki Faterland i Mutterland, pardon za pisownię, jeśli się pojawiły błędy) – mianowcie Matka Ludów, Stary Świat, Europa. Czy czujemy się obywatelami Europy? Czujecie się?
Nie. Ja się zdecydowanie nie czuję. Czuję się emigrantką, Polką na obczyźnie, która sama siebie wydarła z korzeniami ze swojej wygodnej doniczki, nie zauważając, że to nie doniczka. To była moja gleba. Moje miejsce na świecie. Nie zmieni tego żaden program unijny, żaden fundusz, żadna akcja, to jest niezmienialne, niezmienne prawo polegające na przejmowaniu spuścizny kulturowej otoczenia. Pisałam już o tym, tylko bardziej po ludzku – to jest prawo oparte na bajkach na dobranoc i na tym, ze nie było teleranka, a gdzie indziej teleranek był, ale nie było wyrobów czekoladopodobnych, a sama prawdziwa czekolada była luksusem nieosiągalnym dla przeciętnej rodziny; a gdzie indziej żona może pyskuje, rządzi w domu i jest marudna, ale chodzi trzy metry za mężem, a kto inny zna na pamięć wszytskie odcinki Mister Bugpuss, za to nie wie skąd radość u ludzi, gdy śpiewają marsz pogrzebowy Chopina w nieznanym języku – Jak dobrze mi w pozycji tej z łezką w oku zresztą, bo jak słodkie są wspomnienia.

Jest jeszcze jedne wymiar – materialny i klasowy. Ale poniewaz dostalam argument, ktory musze przetestowac, dyskutujac ten temat, wspomne tylko, ze zatarcie klas spowodowalo u nas zmniejszenie poczucia podzialu klasowego. Wspominalam, ze w Irlandii sa nie tyle klasy, co nieomal kasty. Ludzie, ktorzy przyjezdzaja tutaj na chwile, na zarobek i powrot i jakies luksusy w Polsce nie zdaza tego odczuc. Ale kiedy uswiadamiamy sobie, ze standartem jest kupno kilku domow w ciagu zycia, a pierwszego zakupu nieruchomosci dokonuje sie przed trzydziestka, to czlowiek zaczyna sie wahac – co jest, kurka? Potem czlowiek sobie zdaje sprawe, ze w Polsce mial mozliwosc kredytu bez wkladu wlasnego, a tu na wklad wlasny bedzie chyba pracowal najblizsze 10 lat, o ile ceny nie kocza gwaltownie – ceny koszyka konsumenckiego. I nagle okazuje sie, ze my, klasa inteligencka, srednia w ojczyznie, tutaj nie jestesmy klasa srednia. I mamy kiepskie szanse na awans spoleczny, bo nie do konca stac nas na rozrywki bogatych – golf w eltarnych klubach a klientami, nie stac nas na to, zeby zostac w pracy do b. pozna, bo samochodu nie mamy, zakupy pozeraja mnostwo czasu, a ten sam czas powinnismy poswiecic na prace…. W Polsce TEZ tego nie robilam, jezdzilam autobusem nie samochodem itd. W Polsce zdecydowalam sie nie robic kariery.
Ale w Polsce juz pozycje MIALAM WYROBIONA. Mialam swoja marke, wiedzialam, na co mnie stac i nie przerazala mnie kazda inwestycja powyzej 10 euro, bo mi sie wydaje to ciagle majatkiem. W Polsce sa troche inne proporcje cen, ale przede wszystkim – kiedy sie zaczyna za mlodu jest inaczej. Kiedy sie zaczyna w okresie zniw – kiedy w srodku zycia, w srodku czasu, kiedy inni zaczerpuja oddechu i kosza dorobek poprzedniej kilkulteniej harowki jako eksperci, znajomkowie itd. – zaczyna sie od zera, to moze to czlowieka przerosnac troszeczke.
W zwiazku z powyzszym osobom dojrzalym odradza sie zmiane klimatu na dluzej niz jeden do kilku sezonow, nawet na intratnym kontrakcie.
A moze ja po prostu taka nieruchawa i skostniala jestem. Babcia Koticzka.

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS