RSS
 

Archiwum - Listopad, 2005

Snieg

25 lis

Spadl snieg. Nieduzo, ale milej sie zrobilo. przytulniej mimo przenikliwego ziabu. Gdybym tylko sie dowiedziala w koncu, czy w tym naszym nieszczesnym kominku mozna palic, bo tam cos grzebali, jak gazowe zakladali.
I gdybym mogla sobie w ciszy posiedziec przy oknie… dobrze, juz nic. Wprawdzie piatek, ale zostalo ladnych pare godzin. Byle do 5:30pm Irish time. I znow Polska gora – szybciej sie lykend zaczyna ;)

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

opadanie

24 lis

Ratunku. Leci cisnienie. A razem z tym cisnieniem leci mi glowa – zmeczona podrozowaniem i wysoka aktywnoscia przez ostatnich kilka dni, znuzona panowaniem nad panika w samolocie, niedospaniem, bo jak tu spac, jak obok tylko zimne puste miejsce.
I wspomnialam, jak to przez te pierwsze dni sie zacielam i wsciekalam, ale potem, kiedy pojawilam sie na lotnisku, zeby odebrac szefa – samam Ci byla w obcym (hmmm… w stolecznym znaczy) miescie, jak zobaczylam, jak to sie ludzie caluja i tula, tom sie poplakala prawie z rozczulenia. I potem, kiedy po tym calym zamieszaniu, gdzie chwila na prywatnosc byla wykradane z paczki chwil na sen, po tych raptem 5 dniach, kiedy stanelam na lotnisku w moim obcym domu, na ktory sama sie skazalam, nic nie widzac przez mgle zmeczenia, bezradna w mojej slepocie fizycznej i psychicznej, kiedy dojrzalam wreszcie mojego Polowka, kiedy mnie prztulil, jakze sie wtedy nic nie liczylo! NIC. No, moze staly grunt pod nogami.

A tuz przed wyjazdem ogladalismy sobie Niebieski Kieslowskiego na SKY. I te slowa spiewane przez chor po grecku wydaja sie w takich chwilach kwintesencja prawdy – ze milosc cierpliwa jest, wszystko zniesie, wszystko przebacza, a jesli milosci bym nie mial…
A co ja tu bede Was nawracac…
A Rickman sie przespal z fladra, tylko mu Emma przebaczyla. Tak troszke – czesciowo :(

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Przy luskaniu grochu

20 lis

Jak na odpowiedz na ostatni komentarz sistermoon, to zaczelo sie robic juz za dlugie… zatem:
Mozliwe, ze za jakis czas zaczne w dodatku tesknic ogromnie za oboma miejscami, na razie Polska prowadzi. Moj wyjazd do Irlandii to bylo podazanie za sercem, ale nie dla Irlandii, lecz dla jednego Irlandczyka. Wolalabym sciagnac do Polski jego niz sama wyjezdzac, ale sie nie da tego zrobic tak prosto i szybko – bedziemy musieli albo uzbroic sie w cierpliwosc, albo ja sie bede musiala dostosowac (a w mym wieku coraz trudniej). Poniewaz chce byc konsekwentna, to postanowilam sprobowac pokochac Irlandie jak ojczyzne. A ze tam dom twoj, gdzie serce twoje, to stoje teraz konsekwentnie rozkraczona z calym moim paranoicznym strachem przed lataniem. Mogliby sobie most zbudowac. Tunel mnie nie satysfakcjonuje ;)
Stalam sie ofiara mojej wlasnej stanowczosci. Moj Polowek juz parokrotnie kwestionowal moja postawe i stanowczosc, zastanawiajac sie na glos, czy aby to moje poswiecenie nie jest zbyt duze jak na mnie jedna, mala, pewnie obawiajac sie bardziej, niz sie kiedykolwiek przyznal, czy aby wytrzymam. Wytrzymam, jestem kobieta:
jestesmy urodzone, azeby bol znosic,
nie, by go zadawac…
tak mruczala kobieta przy luskaniu grochu…

Ot, wspomnienei z przeszlosci, pewien wiersz Urszuli Koziol, bliski czterem kobiecym sercom – Traszce, netah (Necie?), Kasce i mnie… I wlasnie przez ten groch tak trudno. I przez wiele innych luskan, ktore nastapily potem.
I przez mydelko o zapachu rozy marki Aro, balsam do ciala rozany marki Cztery Pory roku, szmapon Nivea, po ktorym nie powinnam miec lupiezu, ziolowa paste Colgate i kolorowe, eleganckie ciuchy w sklepach, tak kolorowe, ze w Irlandii niejak nie potrafia i inne takie, ktorych sobie szczesliwie nakupilam cala reklamowke, a to zaledwie czastka, bo i przez Ogniem i mieczem (ale bez angielskich napisow, wiec nie kupilam), przez Seksmisje (nawet gdyby napisy byly, to co z tego), Misia i Rejs (z tego samego powodu – bo smieszne tylko dla mnie) i przez Shreka z polskim dubbingiem lepszym od oryginalu,(wlasnie w tej chwili zalapalam ten moment, gdzie osiol jedzie kareta przez krolewskie miasto i podziwia palmy nad nim! Pani gratulujemy refleksu!), przez haslo w nawiasie i T-shirty propagowane przez polska Polonie „Teraz Dublin”. I wytlumacz to teutochtonom.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

home, sweet home

20 lis

Mialo byc o Harrym Potterze i Czarze Ognia, ale to trzeba zobaczyc. film wartki, kolorowy, zywiolowy, efekty swietne, lepszy od trojki, ale laczy jej pozytywne cechy z gotyckim mrokiem pierwszych dwoch. Oczywiscie za krotki i nie ma scen, ktore wielu milosnikow uznaloby za kluczowe ;)

Lecialam do Polski – nieoczekiwanie, bez emocjonalnego przygotowania. Moze lepiej, bo krocej panikowalam. Wyladowalismy po naprawde spokojnym locie, ja sobie w duszy przyrzekam nigdy wiecej nie latac, a ktos z boku sie cieszy – oczywiscie, ze po polsku – jestesmy w domu.
I malo sie nie poplakalam, bo ja nie wiedzialam, czy ja do tego DOMU przylecialam, czy dopiero polece, nie wiem, czy mam dwa domy, czy raczej znow nie mam zadnego, bo teraz nigdzie sie nie czuje u siebie? Ale najgorsze bylo przede mna, kiedy zobaczylam jak piekny jest ten wysoki budynek, w ktorym odbija sie cale niebo, kosmicznie rozkraczony Palac, jakie wystawy sa kolorowe, a kobiety pelne wdzieku i eleganckie, nawet jesli zdaawaloby sie, ze nie. I to, ze nie czulam sie kobietka, glupiutka i nieporadna istota (zaraz, ja sie tak wcale nie czuje, czuje sie za to tak traktowana), to ze kiedy cos mowie, nie jest to wrecz ignorowane*), to ze widzialam takie buty w smiesznych, obnizonych cenach, za ktore w Irlandii musialabym chyba majatek zaplacic, o ile bym je znalazla, i zapach drozdzowek w przejsciu podziemnym, a potem chleb z maslem, kielbasa z kapusta i wieczor pelen gadaniny z ludzmi, ktorych spotkalam po raz pierwszy w zyciu, a mielismy tyle tematow, ze chyba wszyscy mieli wrazenie, ze za krotko… Dlaczego tego nie ma tam? Dlaczego nie moge tego znalezc? I dlaczego tak trudno obejsc sie bez tego, przeciez zycie nie sklada sie z kielbasy i butow. Tak jakby Polska byla rajem… tak jakby ludzie patrzyli na mnie jak na wariata i jakby chyba troche zazdrosnie albo z dezaprobata…

I nie pijcie wodki z cola nad laptopem, bo naprawa kosztuje 500 po znajomosci, a potem sie klawisze i tak sklejaja.

*) Irlandzkie kobity uzyskaly prawo glosu ponoc dopiero w latach 70-ych, a niektorzy upieraja sie, ze nie maja go nawet do dzisiaj

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Harry Potter i Czara Ognia

18 lis

Bylam, widzialam, oniemialam z zachwytu. Teraz cierpie pracujac po mugolsku w duzym tempie. AUC.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Wzruszenia

17 lis

Wzruszyłam się:
wczorajszymi rozmowami ;)
uśmiechem na czyjejś twarzy
cudzym wzruszeniem.
Ale boję się dalej.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Coś się rusza na horyzoncie

17 lis

Mam wrażenie nadchodzącej nieuchronnie katastrofy. Nasi zagraniczni partnerzy nie dosłali mi danych i dwa miesiące starań i gimnastyki pójdą się paść – bynajmniej nie na ukraińskie stepy, gdzie miały się paść. Razem z nimi idą sie prawdopodobnie paść moje nadzieje i stracone złudzenia oraz dodatkowo moja samoocena na poziomie średnio niskim, w Nelsonie ale ciągle z łopatkami ponad matą. Choć ostatnio coraz niżej…
Popołudniu Register Office. Jakiego dokumentu nam brakuje tym razem? Dopiero wczoraj wieczorem zauważyłam, że w nieszczęsnym odpisie jest adnotacja, której pod żadnym pozorem nie powinni widzieć przygłupawi urzędnicy. Co do inteligentnych nie mam pewności, chyba zależy od wysokości poziomu życzliwości w stosunku do poziomu inteligencji. Albo jakoś tak.
I już mnie nawet nie cieszy ten swojski malowniczy szron na trawie, podziwiany z zatłoczonego busu. Nie widziałabym go, gdybym siedziała, może więc coś w tym jest, może Coś-Ktoś czuwa i dziś nade mną tak bardzo, że to aż przeraża…
Boję się z minuty na minutę coraz bardziej.
Przez ten strach jakoś mi strasznie samotnie.
Choć ostatnim razem jak się bałam, to nadeszła fala tsunami jakieś dwa dni później. Okropne nieszczęście, tyle że bez bezpośredniego związku ze mną – no i teraz nie wiem, mam histeryzować, czy nie?

Zadzwonię sobie może, a potem poszukam ustronnego miejsca, na szczęście nie mam dziś tuszu ;)

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Outside… everything

11 lis

Robię sobie tłumaczenie materiałów na ojczysty język, biadolę się niemiłosiernie, bo wiadomo, nie da się ot tak przełożyć, żeby było dobrze. No więc kombinuję, jak to się różnią te korzyści po angielsku (dobrze, że nie po gaelicku) od korzyści po poslku i okazuje się, że Polak całkiem inne wnioski wyciąga niby z tych samych słów.
Zrobiłam sobie krótką przerwę na kontemplację tego bolesnego, choć ciekawego zjawiska – jak to przy całkiem banalnych sytuacjach uświadamiamy sobie naszą izolację. Jesteśmy i pozostaniemy outsiderami, a przypominać nam o tym będą programy z dzieciństwa, które wszyscy znają, tylko nie my, stare talk-shows, które wszyscy wspominają, tylko nie my, cukierki, którymi się w przeszłości zażerali, ale je wycofali z rynku, bo weszły np. M&M’s, ale wszyscy za nimi tęsknią tylko nie my, dwuznaczności pewnych sformułowań, które wszystkich bawią, tylko nie nas, bo nas bawią inne, że nie wspomnę o znajomości lokalnych szkó, przedszkoli, systemów edukacyjnych, cen szkó i usług itp. na rynku lokalnym i krajowym, czyli o całej wiedzy, którą buduje sie LATAMI, a nieraz POKOLENIAMI. Odległość od kraju, świadomość, że gdzieś tam jest rodzina i nasi przyjaciele, że się umawiają na jakiś wieczorny wypad może (albo właśnie nie, bo prowodyra zabrakło) ;) – jeszcze pogarsza sytuację. Ozywiście w takich chwilach zasadniczo wszystko ją pogarsza. I mój własny Połówek absolutnie nieświadomie potrafi czasem dolać oliwy do tego ognia… Chociaż nie, nie mogę tego uczucia nazwać palącym, raczej odwrotnie, jest chłodne, wilgotne i lepkie jak irlandzka wilgoć. Ciekawe, czy zmienia się wraz z położeniem geograficznym delikwenta?
I, kurczaki, mało kto ma pojęcie, jak to krzepiące, kiedy wygląda się przez okno kuchni służbowej na poddaszu na panoramę Dublina i myśli, że może gdzieś tam, w którymś oknie ogląda mnie ta laska, z którą dyskutuję w komentarzach na innym zresztą blogu… Albo że ktoś gdzieś robi teraz fasolkę wg tego przegadanego i kulawego przepisu i że to może raptem parę kilometrów ode mnie. I ta panorama przestaje porażać obcością.
Nota bene: Przepis na fasolkę był sponsorowany przez literki S,I,T,E,R,M,O i N
Wszystkie fasolki świata – łączcie się!

A tak w ogóle to wbrew pozorom mam świetny humor :) I chyba pójdziemy do kina, bo dają The Ghost in the Shell 2 i jestem ciekawa, co to właściwie za film był do tej boskiej muzyki z pierwszej części… Też nie widziałam. Albo na inną bajkę w stylu „Braci Grimm”, dobrze, że miałam Połówek’s Guidance! :)

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Fasolka po bretońsku

10 lis

Potrzebna jest:
fasolka biała, na porządnego jaśka nie ma co liczyć, więc się kupuje, co mają, też dobre
przecier pomidorowy tudzież Tomato-Pure (marki Roma, w tubce)
NORMALNA kiełbaska (nie irlandzka)– ostatnio dorwałam lwowską, pakowaną po trzy małe sztuki w folii, importowana z Polski, dostępna w sklepach z zagraniczną żywnością
boczek wędzony – na taką paczkę fasolki ze 4 plastry, wagowo około 5 dag
1 nieduża marchewka i takaż pietruszka – nieduża wedle definicji polskiej, bo jak mój Połówek wybrał niedużą marchewkę, to ja bym chciała mieć chociaż takie skojarzenia! ;)
kawałek pora (pory???)
1 cebula

Paczkę białej fasolki z TESCO (najgrubszej, jaką mają) wysypać do dużego garnka i zalać wodą na noc, rano zwykle trzeba dolać wody, bo łapczywa jest, cholera. Fasolka namoczona urośnie dwukrotnie, a w garnku powinna mieć trochę luzu, więc sugeruję jakiś kocioł na 3 litry. Wrażliwi mogą fasolkę najpierw wypłukać i potem moczyć. Po powrocie gotuje się fasolkę w tej samej wodzie wraz z pokrojoną w kosteczkę marchewką i pietruszką i porem/-ą, ewentualnie uzupełniając wodą, bo woda wyparowuje mi nawet spod przykrywki. Dobrze, że mi fasolka zostaje.
Ale przypomniał mi się sms, jaki dostałam niedawno. Napisałam do Połówka, żeby pokroił warzywa w kostkę (‘cut in cubes’), to ugotujemy zupę. Odpisał – „OK babe-will do my best – not too good in cubes XXX”. Fakt, użyte przeze mnie sformułowanie anglojęzyczne kiepsko oddaje polskie pojęcie „pokroić w kostkę”. Wymaga zwykle redefiniowania.
Cebulkę obrać i posiekać drobno, zrumienić na złoto (zrumienić na złoto też muszę za każdym razem definiować, jeśli się chcę wyręczyć Połówkiem, ale go obgaduję, biedaka; a on się tak stara), dodać do gotującej się fasolki.
Na końcu, kiedy fasolka już jest prawie miękka (tu trzeba wyczucia… też redefiniowalne…), dodaję ok. pół tubki przecieru pomidorowego prosto do gara; trochę soli (za dużo, powinnam ograniczyć, ale lubię), tutejszych Mixed Herbs, pieprzu, papryki słodkiej, szczyptę papryki ostrej (albo i trzy, jak kto lubi), estragonu (Terragonu), cząbru i pieprzu ziołowego i kminku odrobinę (wszystkie z Polski, ale można i bez) i bazylii – bo jest świetna w kompozycji z pomidorkami. Innymi słowy komponuje sobie ziółka do smaku, czasem więcej, czasem mniej; dodaję pół kostki rosołku drobiowego i wreszcie pokrojone w kostkę (jak wyżej) i zrumienione mocno: kiełbaski i boczek. Tłuszcz zostawiam, zgarniam tylko skwareczki. A jak to pachnie, na ranne pantofle babci Petronelki.
Znaczy jak ranne pantofle babci Petronelki to pachnie tutejszy odpowiednik ‘Gorącego Kubka’ – zupa grzybowa Knorra. Już drugi dzień próbuję się tego zapachu pozbyć.
Fasolka najlepsza jest na następny dzień, bo dopiero wtedy gęstnieje, ale można zagęścić mąką (do +/- pół szklanki zimnej wody dodaje się łyżkę mąki, miesza starannie i wlewa stopniowo do substancji, którą chcemy zagęścić i podgrzewa się to, energicznie mieszając – tuczące, ale skuteczne; można dodać więcej mąki albo mniej, w zależności od upodobań i potrzeb; albo po prostu wlewa się tylko trochę, w końcu zresztą zawsze można rozcieńczyć wodą, potem ew. odgotować i odparować, tylko że długo trwa).
Generalnie fasolka wychodzi świetnie, kiedy się ją olewa, jak wiele dań, może poza ciastem…

Powodzenia.
Coś Wam z tego wyszło? :)

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Oscar śpi pijany albo optymistyczna środa

09 lis

Żałuję, że mam takie marne poczucie humoru, bo byłabym sławna jak ten gość od Dilberta albo ten francuski autor bloga biurowego, co miał po 10 000 wejść dziennie – opisywał swoich kumpli; zdaje się pisałam o tym wcześniej. Chyba zacznę opisywać absurdy zewnętrzne – tamci się koncentrują głównie na wewnętrznym życiu organizacji.
Otóż usiłuję wyjaśnić procedurę przetargu Komisji Europejskiej, dzwonię do przedstawicielstwa w kraju bezpośrednio zainteresownaym, dla którego przetarg ma miejsce, i do którego trzeba zgłaszać aplikacje, a oni mowią, że nie wiedzą i żeby zajrzeć do dokumentów – które nota bene chciałam wyjaśnic… Paragraf 22.
Pozostaje mi optymistycznie założyć, że wszystko gra, bo studiowałam te dokumenty dość długo w poszukiwaniu odpowiedniego kruczka – nadaremno.

Poza tym grzeję się w słonku zza okna, bo ciepło z grzejnika elektrycznego na środku pokoju nie dociera do mojego kąta pod oknem, w pupę mi zimno, bo jak powszechnie wiadomo – tam nie dociera światlo słoneczne. Irlandia, zielona Irlandia. A grzejniki CO starannie zastawione biurkami i tak nie grzeją.

Niby wszystko inne, a nic się nie zmieniło. Dalej nikogo nic nie obchodzi, dalej nikt nic nie wie, dalej siedzę pod oknem i dalej mi wiecznie zimno. Tylko widok mam ładniejszy – na zielony, choć zakurzony park, a jak się wyjrzy mocniej, mozna ujrzeć pomalowany kapelusz wiecznego Oscara Wilde’a rozłożonego nader swobodnie na głazie w kącie. No i ta obiecująca kawiarenka – tuż-tuż.
I ten polski długi weekend, który tłumaczy moje nieróbstwo.
I tylko dwa dni dzielą nas od irlandzkiego weekendu.
I powiem Wam coś optymistycznego – MOŻE być jeszcze lepiej! Żaden problem sobie wyobrazić…

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS