RSS
 

Archiwum - Październik, 2005

Nałóg

26 paź

Dostaję świra – zapomniałam komórki w domu i wydaje mi się, że świat się wali za moimi plecami bez mojej wiedzy i zgody. Od godziny 9:00, kiedy się zorientowałam, że nie mam tego diableskiego drobiazgu, nabawiłam się nerwicy na tle kontaktów rodzice-dziecko (jako dziecko), przyjaciel-przyjaciel (jako siostra);) i mąż-żona (jako hiperodpowiedzialna i nadopiekuńcza cząstka podstawowej komórki społecznej). A jeszcze mam QRWA spotkanie po pracy i nie mogę go przełożyć po raz kolejny, bo w tej dziedzinie mam nerwicę zawodową (jako dość-etyczny i hiperlojalny pracownik).
Więc może dajcie mi znać chociaż mailem czy jak?

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Bank

25 paź

Mój przelew z konta irlandzkiego na konto polskie kosztuje 75 centow plus koszty telefonicznej rozmowy, potwierdzającej transfer, ponieważ moja branża jest dla mnie chwilowo niedostępna, a dotarcie do niej wymagałoby dnia urlopu w ciągu tygodnia, na co mnie nie stać organizacyjnie (z pracą się nie wyrobię, nie tylko w bankach pracują). Równa się cholera wie, ile, bo można np. trafić na dyslektyka, któremu się literuje nazwisko 10 razy, a ten dupek odmiana irlandzka i tak nie znajdzie.
Przelew idzie 5 dni roboczych + cholera wie, ile, bo pieniądze się między bankami lubią zgubić, cholera wie gdzie, a dobrze, jak się nie zgubią z konta (co się już zdarzało, zwłaszcza w AIB).
A z jednego banku irlandzkiego do drugiego najlepiej przeniesc gotowke fizycznie, bo przelew w żaden sposób i w żadnej znanej mi opcji (a pytałam) nie gwarantuje szybkiego transferu pieniędzy (chyba że trzy dni robocze to szybko).
Ktoś chce robić biznes w Unii? Tu się żyje spokojnie.
I jak mi ktoś powie, że mam coś jak w banku, to niech się nie dziwi, że dostanie w mordę natychmiast, bez pytania i bez tłumaczenia.

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Ev’viva la viva

25 paź

Poprzedniej nocy śniłam o płaczącej dziewczynie ubranej w czarną sukienkę, mój Połówek o jakiejś kobiecie (ha! Pół roku po ślubie!) w czarnej szacie i masce (perwersja, pomyśleć, że śpimy w tym samym łóżku!); następnego dnia dostałam informacje o chorobie mojej koleżanki, złe wieści z domu, w pracy się okazało, że idę na Gubałówkę, a miałam jechać na Mazury (iść, jak wolicie); dziś rano mój Połówek obudził się ze stwierdzeniem, że długo chyba nie pożyje, bo strasznie zmęczony się budzi, i wiedza, że faceci to histerycy, wcale mi nie pomaga; kiedy szłam do pracy tuż przed wejściem paramedycy próbowali ratować jakieś dwie osoby leżące bezwładnie na środku jezdni, po czym odjechali bez sygnału. A teraz się okazuje, że wyprzedziłam w pracy epokę i musze wrócić jakieś dwie, trzy wstecz, bliżej brązu niż ery kosmicznej…
I najgorsze, ze jutro jest nowy dzien.

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Ach agubic sie, zginac w tych dworskich intrygach…

21 paź

Powinnam zgłębiać Szósty Badawczy Program Ramowy albo PHARE czy TACIS czy jakieś inne dziadostwo, ale nie mam fizycznie siły. Właściwie psychicznie, bo fizycznie tylko mnie siedzenie boli. Zresztą nawet nie wiem, czy jest po co zgłębiać, bo sami tego nie zrobimy, o czym tu piszą, a nie wiadomo, czy się partner znajdzie. A może powinnam napisać – nie wiadomo, czy moja szanowna instytucja zechce zaprosić partnera / -ów, którego / -ych ja mam na myśli. Urzędnicy mają bardzo często tendencje do megalomanii. I zasłaniania się przepisami i zasadami przed pracą ku chwale i powodzeniu własnej organizacji. Jest takie nie do końca oficjalne prawo, że pozycja w hierarchii jest odwrotnie proporcjonalna do poziomu kompetencji (może przekręciłam, ale wszyscy chyba wiedzą, o co chodzi. Podobna tendencję odkryłam w zakresie poziomu samozadufania.
Założenie: Irlandia jest krajem z dużym doświadczeniem w byciu członkiem UE, ma wielkie doświadczenie w zakresie wykorzystania środków.
Wniosek: Irlandia wie lepiej.
Skąd im się to bierze???

Był taki film „Moskwa nad rzeką Hudson”. Robin Williams gra tam Rosjanina, który wysłany po kawę do amerykańskiego supermarketu zemdlał. Wiecie, że ja do dzisiaj przy wyborze kawy odnajduję w sobie tę perwersyjną nieco rozkosz, a zakupowi kolejnego pachnącego mydełka, nieważne, jakiej firmy, ale po prostu innego, kolorowego, pachnącego, nie jestem w stanie się oprzeć? Albo herbaty – aromatyzowane mieszanki, kawy na wagę do ekspresu, narkotyzujące wonią Świąt, cynamonu, kokosa… Ubóstwiam łazić po dziale z bielizną i rajstopami, koszulkami, rozkoszując się obfitością modeli, barw i materiałów. Takie małe zboczenie dziecka czasów kryzysu. I wcale nie cierpiałam tak bardzo z powodu wyżej wymienionego. Ale zostało. Tak samo, jak po ładnych kilku tygodniach pracy w czarnym mundurku wlazłam do sklepu „Penny’s” (czadowa nazwa, nie?), gdzie na niezliczonych wieszakach i w stertach czekają na przegrzebanie różnokolorowe ciuchy – po 5€, 7€ 10€ za sztukę, naprawdę tanio, a jakość niezła. Wyszłam z tego sklepu oszołomiona, w głowie mi wirowało, nawet nie dlatego, że tyle tego i wszystko można pomacać i kupić, ale przez te kolory, których tak mi desperacko brakowało w HP, gdzie większość nosiła się na czarno, szaro, granatowo (jeans). Albo różowo, oczywiście. Koszmar kolorystyczny. Do dziś coś we mnie krzyczy na wspomnienie tego – nie samej pracy, ale właśnie tego ubóstwa, tej monochromii. Nie mogę się przemóc, by włożyć czarną koszulkę. Czarnych ciuchó w sklepie nie dostrzegam. Nie istnieją dla mnie. Znienawidziłam uniwersalną, elegancką czerń. Coco nie stworzyłaby małej czarnej, gdyby zapoznała się z obyczajami Compass Catering. Mundurki sa cacane, porządne, estetyczne, tylko tak bardzo czarne…
Wracając do mojego zjechania psychicznego – coś we mnie się czasem kotłuje, coś stuka, żeby wypuścić na zewnątrz, ale nie śmiem myśli na papier tudzież ekran przelewać. Jakoś tak… niezręcznie. A przecież czasem odkręcam sobie ten wentyl samodyscypliny i… i oto kolejna notka na blogu. Ale to mało, woła we mnie ten zapomniany mały świat zepchnięty brutalnie w sam kąt świadomości, w głębokie zakamarki końca listy priorytetów. I aż się prosi o to, by odprasować czarny mundur, założyć i stanąć na baczność, odsłuchać capstrzyk i odpalić salwę żałobną. Bo czy ja kiedyś zdołam znów tak zorganizować moje życie, by móc powrócić do tego ogrodu, zapuszczonej willi, gdzie na suficie na freskach leniwie przesuwają się zaczarowane postaci, a w wielkiej hali, gdzie wanny mają kształt muszli, a syrenka o płomiennych włosach i płomiennym charakterze domaga się uwago zwiedzających? Mały karzeł podaje tam herbatę…
A piłam ci ja ostatnio taką – w ambasadzie ukraińskiej (wcale się nie chwalę, na przyczepkę wzięli, się mi trafiło, nie moja zasługa). Jestem coffee-person, ale poprosiłam o herbatę, bo wszyscy brali. W życiu nie piłam lepszej kawy niż ta herbata! A kaw wypiłam mnóstwo, rozmaitych, mam swoje sposoby parzenia. Ale herbata pobiła absolutnie każdą z nich na łeb, na szyję. Pobiła i popiła. Podczas owego spotkania patrzyłam na tych ludzi i coś mi się tak zdawało, że jakbyśmy pogadali o herbacie, to więcej byłoby nagle do powiedzenia (no, raz się tak odezwałam towarzysko nie na temat, to konsekwencje były. Prywatne, ojoj, ale się wtedy narobiło! Bo niektórzy do serca sobie tak strasznie byle co biorą).
No i po takim wyjaławiającym mózg faszerowaniu się bełkotem unijnym, próbą rozróżnienia celów, priorytetów i zrozumienia kompletnie niespójnej struktury dokumentów, gdzie programy i ich cele się nijak nie chcą dopasować, czowiek ma ochotę zatonąć w grafikach, światach niezwykłych, stanąć obok zjaw, wampirów, mutantów, dopowiadać sobie kroniki ich życia na podstawie jednej sceny, jednego obrazu…
I czas do domu, nie chcę być ostatnia… chociaż… może bym i chciała… ale nie śmiem…

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Kto to powiedzial? Marks?

21 paź

Ze do szczescia czlowiekowi sa potrzebne dwie rzeczy – praca i milosc (mniejsza, jak to niektorzy przywodcy probowali i probuja wykorzystywac). A poniewaz udalo mi sie wreszcie zrobic krok do przodu w pracy, moze przestane sie znecac nad moim ukochanym przez weekend. Tez sie ucieszy.

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Kryzys – nie jestem Irlandka, i dobrze! :)

21 paź

Chyba tęsknię za domem (czytaj: Polską) bardziej niż mi się chce przyznać przed samą sobą, bo narasta we mnie krytycyzm, który kiedyś tak ładnie opisała pani Magda Umer – będąc w Paryżu pewnego dnia wyjrzała przez okno i stwierdziła, że wieża Eiffel’a przypomina jej obrzydliwą, pokraczną żyrafę, a Pałac Kultury i Nauki w Warszawie wydał się jej najpiękniejszym obiektem architektury na skalę światową. Dla mnie to spostrzeżenie nie super odkrywcze, bo Pałac mi się zawsze podobał, a porównanie wieży do żyrafy uważam za obrazę żyraf. I nadal NIE uważam się za osobę pozbawiona dobrego smaku.
Wracając do irlandzkich baranów (przepraszam barany, Owce też), jest na zewnątrz 12 stopni Celsjusza, a po mieście chodzą dziewczyny w klapkach-japonkach na bosych stopach, inne w walonkach (sic!), inne w kozaczkach, które nie cieszyłyby się powodzeniem w Polsce nawet w okresie kryzysu. Są też osoby w kożuszkach z szalowym kołnierzem, sztucznych zresztą, i takie w spadających z za dużej pupy welurowych spodniach od dresu. I najlepiej, jeśli te spodnie są w różowym kolorze.
No i jeszcze rządzą kozaki na szpilce i szpilki, noszone powszechnie zwłaszcza przez te osoby, które nie potrafią się w nich poruszać. Ja myślałam, że ja nie umiem. I myślałam, że dresy i różowe ciuchy to najgorsze, co się może tu przydarzyć mojemu kaleczonemu systematycznie poczuciu estetyki. O, jakże się myliłam.
A może oni mają kryzys gospodarczy, tylko o tym nie wiedzą?
Pomyślmy, w naszym ‘osiedlowym’ supermarkecie są 3 marki proszku, 4 marki kawy (Nesca, Maxwell i Kenco czyli Jacobs, i jeszcze Douwbergh czy jakoś tak – bardzo ją lubię, u nas rzadko spotykana; Tesco jako marka się chyba nie liczy?). W zasadzie podobnie jest ze wszystkimi artykułami. Z podstawowych warzyw mają pietruszkę, marchewkę, cebulę i brokuły. I pieczarki, zwane szumnie grzybami. A, jeszcze bogactwo kapusty. Przepraszam, sałaty. Mają też kaktusy, kiełki, mieszanki warzywne, mrożony groszek i fasolkę. Może spróbuję zmienić sklep na jakiś lepszy. Zapomniałam o ogórkach (szklarniowych wyłącznie), bakłażanach, pomidorach w kilku odmianach, marnych kalafiorach i rzepie. A w pubie z piw głównie Heineken, Budweiser i Guiness, więc może wypijmy za powodzenie Irlandii.

A najbardziej pozadana damska czescia ubioru jest tu chyba obraczka, sadzac po tym, jak sie wieszaja dziewczyny na facetach. Wtedy nawet nie trzeba o siebie dbac!

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Znowu sciagnelam z braku wlasnych przemyslen

19 paź

Wlasciwie to mam tylko przemyslenia nt. funduszy europejskich, wlasnych planow i marzen zawodowych i takich tam, wiec moze podsumuje cudza mysla:
W ZWIĄZKU, OPRÓCZ PARTNERA, NIE NALEŻY RÓWNIEŻ ZDRADZAĆ SAMEGO SIEBIE
swoich marzeń, pragnień i wyobrażeń o związku
by Mr Prince Charming.
Ostatnio sie zastanawiam nad posada sprzedawcy w ksiegarni. Rany, to by bylo…
Auc. Tak piekne, ze zabolalo.

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Demokracja czyli najgorszy z ustrojów

17 paź

Dziś w pracy odkryłam kolejne ściany, z którymi się zderzam czołowo. Ta cała demokracja i wolność to pic na wodę. Za kurtynką sloganów istnieje cały złożony system procedur i zasad, z którymi nie miałam okazji się wcześniej zapoznać i właściwie chwilowo się czuję jak na ślizgawce bez łyżwów (:P). I oni się temu systemowi podporządkowują z jakąś sado-masochistyzną satysfakcją. Temu zamordyzmowi. W ramach odreagowania weszłam do księgarni w porze lunchu, bo nawet jeść mi się nie chciało przez to dość drastyczne odkrycie – księgarnia to zdecydowanie moja świątynia. Ale nawet irlandzkie książki wydają się jakieś takie poprawne politycznie, obyczajowo… mdł i nudne…I uciec gdzie nie ma, bo ścieżki wygracowane, a reszta ogrodzona i otabliczkowana – „Teren Prywatny”. Jak u nas wprowadzą taką wolność i demokrację, to ja się chyba pochlastam łyżeczką. Plastikową, żeby było nowowcześniej i bardziej dramatycznie.
A może to tylko jesienna nostalgia góralki z serca.

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Małżeństwo

14 paź

Rano przyszło mi do głowy definicja małżeństwa: to miłość i tasowanie priorytetów.
Poza tym okazało się, że się nadaję na głowę państwa.
- Mam pomysł. Ja poczytam, a Ty mnie przebierzesz w piżamkę.
- Wiesz, nadajesz się na głowę państwa.
Nadaję się! Plan został zrealizowny w 150% – oprócz przebrania mnie w piżamkę mój Połówek przeczytał kawałek rzeczonej gazety. I to nie o sporcie.
Były to 2 rubryki ‘Woman Seeking Woman’ oraz ‘Man Seeking Men’. Wierny do przesady, na hetero- nawet nie zerknął.

Chcialam dodac,ze podobienstwo tematyczne z pewnym innym cytowanym chwile wczeniej blogiem jest calkowicie przypadkowe, chociaz jetem pod duzym wrazeniem talentu i poczucia humoru autorki. Moze po prostu przezywamy pewne rzeczy podobnie :)

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Sieciowa filozofia

14 paź

Gdyby mnie ktoś spytał, jakiego mam szefa, to już znam odpowiedź – zrównoważonego. On się nawet spokojnie wścieka, a klnie chyba żeby się bardziej z podwadnymi socjalizować. Rzecz nie tkwi jednak w samym jego usposobieniu, ale w kontrascie między Polakami i Irlandczykami. Dodam tylko, że w Polsce i tak mnie uważano za ekstrawertyczną i wybuchową… Teraz jestem łagodniejsza. Niekoniecznie ze względu na mojego Połówka. I wcale mi z tym nie do twarzy, przynajmniej w lustrze.
W Irlandii żyje się inaczej – wolniej, spokojniej, łagodniej, wcale mnie nie przekonuje ten tryb życia. Zderzyłam się tutaj na przykład kilka razy z kapitalizmem i bylo to zderzenie czołowe – raczej przykre. Ta przykrość kapitalizmu polega na tym, że patrzą baaardzo przez pryzmat pochodzenia, pieniędzy, wyglądu, a nie sposobu zachowania i wartości. Kastowość społeczeństwa kapitalistycznego jest bardzo odczuwalna w takich miejscach jak stołówki w wielkich koncernach. Nic dziwnego, że Polacy często się skarżą na depresje, że nie lubią pracy, pobytu tutaj, ani też w innych krajach. W dodatku sami zapracowliśmy na wizerunek taniej siły roboczej i to będzie jeszcze wiele miesięcy procentować, oby nie lat. Więc patrzą na nas – o ile patrzą – jak na gorszy gatunek człowieka. ,Żadna praca nie hańbi’ tutaj nie dla wszystkich jest prawdą.

Wreszcie wyszarpnęłam trochę czasu na czytanie gazety. To bardzo fascynujące zajęcie. Taka jedna gazeta potrafi mieć ze cztery dodatki. Naprawdę, nie wiem, jak ludzie znajdują czas, żeby je przeczytać. W tej chwili pani obok mnie wyciągnęł gazetę. No tak – w tygodniu to w autobusie, ale w weekendy??? Męża nie mają, czy co? Chyba że czytają tylko samce. Ale samce czytają tylko sport, sama widziałam, żeby to raz. Może w czasie lunchu? A może z domu wczesniej wychodzą, nic dziwnego, że ja nie czytam, skoro na przystanek wpadam z wywieszonym ozorem, zgorszona, że jeszcze nikogo nie ma, po czym się okazuje, że nie ‘jeszcze’, tylko ‘już’. A w autobusie nie umiem ani się nie potrafię skupić, ani dobrze czuć – na chorobę lokomocyjną nie ma rady zasadniczo.
Wczoraj jednak się zaparłam i poczytałam. Np. o takim francuskim Maxie, który pisał blog. Miał jednodniowo 10.000 wejść, w tygodniu nawet więcej. W końcu wydaje książkę.
10.000 wejść. Masakra w biały dzień bez piły w Paryżu!
Nie bardzo rozumiem, dlaczego ludzie mają kupować książkę; przecież już sobie przeczytali za darmo. Poza tym blog jako dziennik jest instytucją szczególną moim skromnym zdaniem. Dla mnie to, co sobie czasem podczytuję z upodobaniem on-line w umiarkowanych ilościach, jest nie do strawienia w wydaniu masowym. Na ogół. Z wyjątkami. W przypadku książki to zupełnie inny rodzaj intymności – różnica wydaje się prawie taka jak między krewnym a kochankiem – ze wszelkimi ewentualnymi konsekwencjami potencjalnych związków; mniejsza które jest które.
Chyba że ten facet napisze coś nowego.
Zaożył sobie, że musi sprzedać bodaj 12.000 egzemplarzy. Dlaczego? Bo nienawidzi swojej pracy w biurze, w jakimś koncernie (dlaczego myślę, że to HP???), gdzie opisuje swoich kolegów-współpracowników, sekretarkę, kandydatów do pracy itd. Opisuje ich ponoć w raczej wredny sposób. Zajmuje wysokie stanowisko (dlatego ma czas na pisanie bloga?), więc musi sprzedać dużo tych brudów, żeby mieć duży zysk, który zapewni mu równie wysoki standard życia, jak ten, do którego facet przywyk; rozpieszczone bydlę. Pewnie zresztą żony też nie ma; chociaż wygląda na to, ze faceci na komputer łatwiej znajdują czas.
Na miejscu tej firmy i jego kolegów już bym go zaskarżyła, a tak, w ramach równie niewybrednej rozrywki, jak jego.
O parę rzeczy, np. o defraudowanie czasu pracy i łącza internetowego. A pisze to osoba, której życie wirtualno-towarzyskie opierało sie w głównej mierze na nadużywaniu komputera. A właściwie wyłącznie na tym. W tej instytucji nie bardzo wiem, jakiej klasy mają informatyka (ale długi to jest! Ze 2m), nieśmiem, boję się… Z drugiej strony przysługuje mi ta godzina lunchu. Zwykle w końcu zjadałam go w pośpiechu, nad klawiaturą … I tak oto, walcząc ze sobą łażę czasem i zastanawiam się, czy ci moi koledzy i koleżanki wyrabiają średnią światową nadużywania komputerów w celach prywatnych – 40% czasu… a może to było na pracę? Ja zaniżam średniądo jakichś 5-10%, ale krzywa dyskretnie rośnie. Bo wprawdzie nie widzę, co oni mają na ekranach, ale widzę i słyszę, a czasem nawet rozumiem, o czym rozmawiają! Czasem nawet trafia coś do mnei fajnego. Mało, ale krzywa dyskretnie rośnie. Gdybym jeszcze znalazła jakąśkafejkę blisko…
I wsiadłam do dobrego busu, całą drogę się zastanawiałam!
Zatem poprawmy krzywą i wrzućmy to w sieć.

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS